Lodowato zielone jezioro. Domy świecące na niebiesko. Ruch chmur namalowany fioletową farbą. Trawa w kolorze pomarańczowym. I do tego różowo – żółty szum wody. – Janie? Jesteś pewien, że właśnie tak wygląda krajobraz za oknem? Trawa jest pomarańczowa, a woda żółta? – nauczyciel zadawał pytania jedno po drugim. Miał surową minę. Bruzdy na czole pogłębiały się z każdą wypowiadaną literą. Jan podniósł głowę znad kartki. Odłożył pędzel. Wytarł spocone dłonie w sweter. Jego plecy zaokrągliły się. Wyglądał jak połamana marionetka. Bał się tonu nauczyciela. Nie wiedział co odpowiedzieć. Siedział wystraszony. Kątem oka próbował zobaczyć, jak z zadaniem namalowania pejzażu radzą sobie pozostali uczniowie. Jego trawa, woda i słońce – rzeczywiście nie były podobne do rysunków innych dzieci. Wszyscy chichotali pod nosem.

Uczniowie mówili na nauczyciela rysunku Parówkarz, bo miał nos przypominający rozgotowaną i popękaną we wrzątku kiełbasę. Nikt nie znał jego prawdziwego imienia, bo kto chciałby się interesować takim niesympatycznym i brzydkim człowiekiem. – Rozumiesz, co do ciebie mówię!? – zdenerwowanie nauczyciela rosło, bo nie słyszał ze strony chłopca żadnych słów skruchy. – Ja … ja… właaa-śśnnniiee… – cedził Jan przez zaciśnięte zęby – ja właśnie w taki sposób to widzę proszę pana – wymamrotał chłopak. – Co ty powiedziałeś? Ty tak to widzisz? Widzisz gdzieś tu pomarańczową trawę? No patrz, no patrz tylko! – Parówkarz wściekał się, wymachiwał rękoma i udawał, że wtyka nos w ziemię. Wyglądał jak przerośnięta ryjówka. Drwił z ucznia i słynął z tego, że nie oszczędzał nikogo, kto postępował inaczej niż brzmiały wydawane polecenia. Rozchylił piórnik Jana, wyjął z niego linijkę, wziął potężny zamach i już miał wycelować prosto w dłonie chłopca, gdy zauważył wyryty na drewnianej miarce napis: Jan Artysta. – Haha! – Parówkarz śmiał się na cały głos, a jego niekształtne ciało obijało się między ławkami uczniów, kręcił się po sali niczym krzywonoga baletnica. – Dzieci, pomóżcie mi, może znajdziemy chociaż źdźbło pomarańczowej trawy dla naszego aaarrrr-tttyyy-sssttyyy! – krzyczał przeraźliwie. Lekcję przerwał dzwonek. Jan poukładał przybory do malowania w drewnianym kuferku. Farby, pędzle i paletę. Jego twarz tonęła w smutku. Nikt nawet nie zauważył, jak oczy chłopca zmieniły kolor. Stały się ciemno szare, zupełnie matowe. Trudno było w nich dostrzec jakiekolwiek emocje. – Dziś wieczorem odwiedzę twojego ojca. Opowiem o tym, jakie głupoty malujesz.

Niech wie, że przynosisz wstyd szkole, rodzinie i nauczycielom. Jako dowód, zatrzymam ten bezmyślnie poplamiony papier. Ja sam, nigdy nie chciałbym mieć tak beznadziejnego syna – syczał Parówkarz, z jego ust bił cuchnący zapach, a resztki włosów na głowie sklejały się od potu. Jan mieszkał we Wróblinie – małej wiosce z daleka od miejskiego hałasu. Szkoła, w której się uczył była na miejscu. Tak samo jak kościół. Tylko na lekcje rysunku Jan musiał wyprawiać się do Głogówka, bo Parówkarz ani myślał zadawać sobie jakikolwiek trud i przychodzić na zajęcia do wioski. Oczekiwał, że to uczniowie będę maszerować do niego. Miasto było oddalone od rodzinnej miejscowości Jana ponad godzinę drogi piechotą. Uczniów nikt nie podwoził, dlatego Jan, żeby skrócić sobie drogę, spacerował polami. Szedł między kwitnącym rzepakiem i ziemniakami.

Zawsze się spieszył, bo w domu czekało na niego rodzeństwo i sporo pracy w gospodarstwie. Siostra i dwóch braci. Razem z nimi ojciec. Matka zmarła kilka miesięcy przed siódmymi urodzinami chłopca. Miał poczucie, że prawie jej nie pamięta. Jan dotarł do domu późnym popołudniem. Na stole podawano już obiad. Ziemniaki i sadzone jajka. Był piątek i w ten dzień nie jadano mięsa. W zasadzie nie czuł nawet głodu. Na jego twarzy widać było zaschnięte łzy. Zastanawiał się, jak powiedzieć ojcu, że jeszcze dziś odwiedzi ich nauczyciel rysunku. Przyjdzie na skargę. Myślał jednak na próżno. Gdy widelec Jana wbijał się w żółtko na talerzu, do drzwi zastukała czyjaś pięść. – Ooo! Dzień dobry, co pana do nas sprowadza? Zje pan z nami? – ojciec Jana otworzył drzwi i starał się przywitać gościa. – Nie przyszedłem tutaj na plotki. Chcę pomówić o pańskim zuchwałym synu! Jest utrapieniem dla całej szkoły. Nie słucha moich poleceń. Zamiast malować tak jak mu każę, specjalnie robi wszystko odwrotnie. Tylko czekać, aż sprowadzi nieszczęście na rodzinę, bo zamiast niebieskiego nieba, on – ooo! proszę spojrzeć – koloruje jakieś fioletowe chmury i różowe fale – grzmiał od progu Parówkarz i wymachiwał obrazkiem Jana, który zabrał mu podczas ostatnich zajęć. Ojciec chłopca, stary gospodarz, zmartwił się, że jego syn jest nieposłusznym uczniem. – W jaki sposób Jan może naprawić swoje zachowanie? – ojciec zapytał spokojnie. – Niech przyjdzie do mojego szkolnego mieszkania jutro o siódmej rano. Wytłumaczę mu czym jest kolor. Będzie pamiętał tę lekcję raz na całe życie – zażądał Parówkarz.

Nazajutrz rano, Jan wstał o piątej. Była sobota. Przygotował śniadanie dla wszystkich, zjadł wspólnie z rodziną i po chwili był już w drodze do miasta. Śpieszył się. Nie wyobrażał sobie, że mógłby się spóźnić. Dokładnie o siódmej zapukał do drzwi nauczyciela. – Zapraszam artystę – Parówkarz od progu nie szczędził Janowi pogardy. Ubrany był w wyleniały szlafrok, a jego nos rysował się jeszcze ohydniej w ciemnym przedpokoju. – Masz, to dla ciebie. Do wieczora całe mieszkanie ma być pomalowane i wyglądać jak nowe – nauczyciel rzucił pod nogi Jana wałki, pędzle i puszki z farbą. – Tam stoi drabina. Możesz jej używać. Nooo, chyba że jesteś już tak wielkim artystą, że jej nie potrzebujesz. Haha! – Parówkarz trzasnął drzwiami i wyszedł.

Jan został sam. Postanowił obejść mieszkanie i poznać człowieka, który wydawał mu się trochę z innego świata. Wyglądał jakby znalazł się w mieście przypadkiem. Ruszył z ciemnego, wąskiego przedpokoju i skierował się w lewą stroną. Wszedł do kuchni. Z jej okna widać było miejski rynek, ratusz i kościół z dwiema wieżami. W kuchni stał stół i jedno krzesło, komoda z kilkoma kubkami i talerzami w środku. – Chyba nigdy nie przychodzą tutaj goście – pomyślał na głos. W rogu zamontowano okrągły piecyk. Podłoga kleiła się resztkami jedzenia. Kafelki wokół zlewu ociekały kilkuletnią warstwą tłuszczu. Do kuchni przylegał pokój. Jan odkrył w nim dwudrzwiową szafę i jednoosobowe łóżko stojące pod oknem. Jednak tym, co najbardziej zainteresowało chłopca, był gramofon.

Znajdowała się w nim jedna płyta. Chyba jedyna, jaką posiadał nauczyciel. Chłopak włączył muzykę. Stał jak zahipnotyzowany. Nieznane tony wypełniły mieszkanie ciepłem, brzmiały jak szum wody w słoneczne popołudnie i zdawały się pachnieć egzotycznymi owocami. – Jak to się stało, że taki zimny i niewrażliwy człowiek, słucha czegoś tak pięknego? – dziwił się w myślach Jan. Płyta pozostała włączona, a chłopak dalej przyglądał się mieszkaniu. Na trzy żarówki w lampie pod sufitem działała jedna, a jej światło sączyło raczej zieloną barwę. Kolor tak upiorny i trupi, że tylko ktoś zupełnie ślepy mógł czuć się dobrze w tym otoczeniu. Jan przeszedł na drugą stronę mieszkania.

Tam była łazienka. Nalot z mydła, starych włosów i kurzu oblegał szczelnie wannę i umywalkę. Z toalety śmierdziało do nieprzytomności. Lustrzane odbicie pokazywało raczej niekształtną plamę niż realny obraz. – Jak sprawić, by to miejsce stało się przyjemne, podobne do tej muzyki, która teraz je wypełnia? – pytał sam siebie. Rozmarzył się. Uwielbiał książki. Najwięcej frajdy sprawiały mu opowiadania o ludziach, którzy szukali w życiu wolności. Nauczył się z nich jednego, ważnego zdania, że ludzie wolni nie kłamią. Wyobrażał sobie wtedy siebie jako tego, który zawsze mówi co myśli. Marzył o tym, że potrafi czarować pędzlem i kolory zamiast leżeć pokornie na płaskim obrazie, mieszają się z rzeczywistością i pokazują wszystko to, co Jan czuje. Nagle przypomniał sobie, po co właściwie tutaj przyszedł. Chwycił za wałki i pędzle. Sobota okazała się jednym z najgorszych dni w jego życiu. – Za to, co zrobiłeś z moim mieszkaniem, całemu miastu powiem, że jesteś najbardziej nieposłusznym dzieckiem na świecie – grzmiał nauczyciel po wieczornym powrocie do domu. – Pomalowałeś moje meble w kwiaty. Stół i krzesła wyglądają jakby ktoś paćkał po nich paluchami moczonymi w farbie. Kolorowe drzwi i ściany przypominają mi arenę cyrkową. Wynoś się z tego domu i nigdy więcej nie przychodź na moje lekcje – krzyczał Parówkarz i lodowatym spojrzeniem odprowadził Jana do wyjścia.

Mijając przechodniów w drodze powrotnej, Jan czuł, że co jakiś czas ktoś patrzy na niego ze zdziwieniem. – Pewnie jestem upaćkany farbą… – pomyślał. Często przecież zdarzało się, że jego grzywka lub nos były w kolorze jego obrazów. Zatrzymał się nagle przed zakładem zegarmistrza. Spojrzał na swoje odbicie w witrynie. Rzeczywiście, na policzku kilka czerwonych plam, a czoło całe w zieleni. Jednak w tym momencie wiedział już, że to nie farba przyciąga spojrzenia przechodniów. – Moje oczy! Moje oczy! – powtarzał sam do siebie patrząc z rozpaczą w szybę. – Straciły prawie zupełnie kolor! – Jan krzyczał i płakał na zmianę, otwierał i zamykał powieki. Nic nie pomagało. Oczy ucznia znów zmieniły kolor. Z ciemnej szarości, stały się niemal tak jasne, że trudno było określić ich barwę. Chłopak wrócił do domu. Ojcu i rodzeństwu powiedział, że jest bardzo zmęczony i chce pójść spać. W trakcie rozmów wzrok miał wbity w podłogę, aby nikt nie dostrzegł zmian w jego spojrzeniu. W nocy, pierwszy raz w życiu, śniła mu się mama. Niemal identyczna jak na ślubnym zdjęciu, które wisiało w kuchni. – Janku, mój kochany synu! Wiem, że smucisz się, bo twoje oczy straciły niemal cały kolor. Nie martw się jednak. Masz te niesamowitą moc, że sam możesz znów je pomalować. Musisz tylko przestać bać się być wolnym. Nie obawiaj się przyglądać ludziom i światu, bo tylko w taki sposób nadasz znów kolor swoim tęczówkom – mama uśmiechała się i poprawiała dłonią kołdrę. Zdawała się siedzieć na krawędzi łóżka. Jan już miał ją objąć, gdy zniknęła. – Mamo, mamo! Poczekaj! Nic nie rozumiem. Jak mam odzyskać kolor moich oczu? – krzyczał Jan i tarzał się nerwowo w pościeli. Nikt nie odpowiadał. Pokój był pusty.

W poniedziałek po obiedzie, Jan wyruszył w drogę do Głogówka. Dotarł na miejsce, wszedł do klasy rysunku i zobaczył wierszyk wysmarowany na tablicy:

Wielki malarz to nasz Janek
Lepiej niech zamiata ganek
Dać mu farby to jest strach
Pomaluje w domu dach
Obiecywał nam obrazy
A wciąż tworzy bohomazy

Obok tekstu ktoś dorysował kredą koślawego chłopca, który zamiast malować, wielkim pędzlem zamiata schody przed wejściem do domu. Janowi wypadł z rąk kuferek.

Drewniana skrzynka uderzyła z trzaskiem o podłogę. To właśnie rozpadał się świat młodego człowieka. Klasa, koledzy, nauczyciel – nagle wszyscy zaczęli wirować. Jan miał poczucie, jakby znalazł się we wnętrzu zakręconego bączka. W uszach słyszał dzwonki. Ledwo trzymał się na nogach. Przypomniał sobie, że przecież Parówkarz zabronił mu przychodzić na lekcje. Złapał głęboki wdech i wyszedł z klasy.

Poszedł do biblioteki urządzonej przez rodzinę Oppersdorffów w zamku. Była potężna, znajdowały się w niej książki z całego świata, a właściciele pozwalali z nich korzystać wszystkim chętnym, bo ludzie nie mieli pieniędzy na ich kupowanie. Regały zdawały się mówić w różnych językach. W rogu tego majestatycznego pokoju stał globus. Olbrzymi do tego stopnia, że Jan zastanawiał się jakim cudem wniesiono go przez wąskie drzwi. Między plamami rzek, gór i oceanów, lśniła karta z napisem Lutecja. Nie znał takiego miasta. Pomyślał, że jeszcze kiedyś dowie się, gdzie leży to miejsce, ale teraz poszuka informacji o tym, dlaczego kolor jego oczu zniknął. – Dzień dobry chłopcze! – już od wejścia witała Jana wesoła bibliotekarka. Jej mahoniowe włosy lekko przysłaniały twarz. W sukience w kwiaty, dziewczyna wyglądała jakby właśnie nosiła na sobie kawałek łąki. – Mogę ci jakoś pomóc? – dodała. – Dzień dobry pani, mam na imię Jan. Jestem pierwszy raz w tej bibliotece. Szukam książki o chorobach. Najlepiej o chorobach oczu – wyjaśnił chłopiec gapiąc się w podłogę. Czuł, że dziewczyna mu się przygląda. – Janie… – zaczęła spokojnie – mam jedną książkę, w której znajdziesz odpowiedź na pytanie, dlaczego twoje oczy straciły kolor. Chłopak aż się wzdrygnął. Wbił spojrzenie w bibliotekarkę. – Zauważyła pani, że kolor moich oczu zniknął? Może pani wie, dlaczego? – Jan pomyślał, że znajdzie pomoc u tej dziewczyny. – Mam na imię Jagoda. Możesz mi mówić po imieniu. Jesteś wyjątkowym chłopakiem. Sam jednak musisz zrozumieć, dlaczego tak jest – wyjaśniła. – Mówisz jak moja mama. Mam się nauczyć patrzeć, mam dostrzegać, mam być wolny, a teraz jeszcze sam mam poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego jestem wyjątkowy. Nie rozumiem tego wszystkiego. Mam osiem lat. To dla mnie zbyt trudne, to wasze dorosłe myślenie – mówił Jan zrezygnowanym tonem. – Siadaj. Dam ci tę książkę o chorobach oczu. Mam nadzieję, że wyzdrowiejesz – nakazała z uśmiechem Jagoda. Jan w tym samym momencie zobaczył przed sobą ciężką górę kartek zamkniętych w skórzaną okładką, z której spoglądał chłopak do złudzenia przypominający jego nauczyciela rysunku. Zdziwiony tym, co widzi, zaczął czytać ze zdumieniem. Opowieść zaczynała się tak: „Wszystko, co za chwilę przeczytasz wydarzyło się naprawdę. Na małej wyspie o nazwie Lutecja, mieszkał chłopiec o imieniu Olivier. Mieszkańców wyspy było niewielu i wszyscy dobrze się znali. Pewnego dnia Olivier usiadł na skraju wyspy, patrzył w lustro wody i bardzo płakał. Jego rodzice i dziadkowie pytali co się stało. Chłopiec powiedział, że chciałby się dowiedzieć jak wygląda świat poza Lutecją. Bliscy opowiadali więc Olivierowi przeróżne historie, wymyślając odpowiedź na jego pytanie. Oczywiście nikt nie znał prawdy, bo nikt nigdy nie opuścił Lutecji. Jednak, gdy po tygodniu, chłopak nie przestawał szlochać, postanowiono zaprowadzić go do czarownicy, która znana była ze swej niezwykłej inteligencji i fantazji. Lubiła ubierać się w kolorowe stroje, a włosy farbowała sokiem z granatu. – Dlaczego płaczesz Olivierze? – zapytała łagodnym głosem, gotując jednocześnie w kotle kilka kilogramów lawendy. – Chciałbym się dowiedzieć, co tak naprawdę znajduje się poza wyspą. Wszyscy wymyślają dla mnie opowieści o innym świecie, ale wiem, że nigdy tam nie byli – żalił się Olivier. – Rozumiem. Zawrzyjmy więc umowę. Skoro twierdzisz, że mieszkańcy wyspy cię oszukują i nie potrafią ci pomóc, poproszę cię, abyś najpierw ty sam udowodnił, że zawsze mówisz prawdę. Zadam ci trzy pytania. Wszystkie będą dotyczyły tylko świata, w którym mieszkasz. Nie zapytam o nic, czego nie widziałeś lub nie słyszałeś wcześniej. Pokażę ci życie poza Lutecją niezależnie od tego, czy prawidłowo odpowiesz na pytania. Jednak za każdy błąd będziesz musiał zapłacić. Jeśli pomylisz się jeden raz – sprawię, że wszystko będziesz widział zamazane. Jeśli pomylisz się dwa razy – przestaniesz widzieć na jedno oko. Jednak, gdy odpowiesz źle na wszystkie trzy pytania – zupełnie stracisz wzrok. Zgadzasz się na taką umowę? – czarownica zakręciła się wokół własnej osi omiatając podłogę długą, kwiecistą spódnicą.

Olivier nie zastanawiał się zbyt długo. Przecież mieszkał na wyspie kilka lat. Znał wszystkich i z każdym rozmawiał codziennie. Bawił się w najdalszych zakątkach tego magicznego miejsca. Zadanie czarownicy wydawało mu się banalnie proste. – Dobrze, zgadzam się – powiedział odważnie – zaczynajmy! Czarownica odeszła od kotła. Usiadła naprzeciwko Oliviera. Spojrzała na jego twarz i zapytała: – Powiedz mi, jaki kolor mają oczy twojej mamy? Na twarzy chłopca pojawił się niewielki grymas. Próbował w pamięci przywołać twarz mamy. Patrzył na nią przecież kilka razy dziennie. Obraz w jego głowie był jednak niewyraźny. Chciał go dokładnie odtworzyć, a nie wiedział od czego zacząć. Nic do siebie nie pasowało. Nos, usta, włosy, no i … oczy. Czuł się tak, jakby nigdy nie dostrzegał wyglądu mamy. – To niemożliwe, to niemożliwe! Nie znam odpowiedzi – myślał z przerażeniem, ale nie chciał się poddać. – Oczy mojej mamy są zielone – chłopak postanowił powiedzieć cokolwiek z nadzieją, że może będzie miał po prostu szczęście. – Kłamiesz Olivierze, oczy twojej mamy od zawsze były niebieskie. Ich barwa przypomina przecież bezchmurne niebo. Nigdy nie zastanawiałeś się, dlaczego na jej twarzy jest tyle spokoju i ciepła? To za sprawą właśnie tych oczu czujesz się bezpiecznie – opowiadała czarownica, a w myślach chłopca pojawiały się te wszystkie historie, gdy łagodność jego mamy ratowała go z opresji. – Pamiętam, gdy mojemu koledze zepsułem hamak udając, że to trampolina. Zrobił wtedy wielką awanturę. Do dziś się zastanawiam, jak to się stało, że mojej mamie udało się go uspokoić? Teraz już chyba rozumiem … – mówił Olivier załamującym się głosem. – Czarownico widzę cię tak bardzo niewyraźnie, stajesz się plamą i wszystko wokół traci kontury. Wyglądasz jakbyś stopiła się z drzewami, skałami i piaskiem. Nie umiem powiedzieć, gdzie się kończysz, a gdzie zaczynasz – Olivier wyciągał ręce przed siebie, jakby rysował postać czarownicy w powietrzu. – Umówiliśmy się przecież. Każdy błąd będzie sporo kosztował – przypomniała mu czarownica. – Myślałem, że ten test, to będzie pestka. Nie miałem pojęcia, że patrzę, ale zupełnie bezmyślnie, że nie dostrzegam bliskich mi osób – żalił się chłopak. – Jesteś gotowy na kolejne pytanie? – Tak… – odpowiedział bezradnie. – Słuchaj uważnie. W czasie ostatnich kilku dni, twój ojciec powtarzał jedno ważne zdanie. Jak ono brzmiało? – zapytała czarownica i wytrzeszczyła oczy. Olivier gorączkowo odtwarzał w głowie rozmowy z ojcem. „dzień dobry” – nie, „która godzina?” – nie, „co zjemy dziś na obiad?” – nie, te zdania są przecież nieważne. Nie potrafił niczego wymyślić. Po dziesięciu minutach powiedział zrezygnowany: – Nie wiem. Nie pamiętam. Czarownico! Te pytania są bardzo trudne – krzyczał przed siebie, prosto w plamy, które miał przed oczami. – Rozmawiasz z twoim ojcem codziennie, ale nie słuchasz go. Nie wiesz, co jest dla niego ważne. Ludzkie rozmowy pełne są zdań, jednak prawdziwe wsłuchanie się w drugiego człowieka nie jest łatwe. Twój ojciec powiedział ci ostatnio kilkanaście razy: „Chciałabym, żebyś był szczęśliwy Olivierze”. Nie słuchałeś go – czarownica mówiła wolno i wyraźnie. – Chciałbym, żebyś był szczęśliwy… – powtórzył chłopak. – Dlaczego tego nie słyszałem? Powiedz mi – poprosił niemal szeptem. – Mówiłeś ciągle o sobie, nawet nie starałeś się posłuchać jak bardzo inni chcą zapewnić ci poczucie szczęścia – odpowiedziała czarownica i zabrała w tym momencie swoją drugą zapłatę. – Nie widzę nic na jedno oko. Teraz świat wygląda, jakby jego połowa była zawsze zupełnie czarna. Po jednej stronie mojej głowy mieszają się różne kolory i światła, a druga jest całkiem ciemna – po tym zdaniu oczy Oliviera napełniły się łzami. – Te bezkształtne plamy, rozmowy, których nie pamiętasz, ludzie, o których nie wiesz najważniejszych rzeczy, to twój świat Olivierze. Takim go tworzyłeś przez całe twoje życie. Do tej pory nie sprawiało ci to problemu, prawda? – czarownica nalała Oliverowi szklankę kompotu z dzikiej róży.

Rozejrzała się wokół chaty, bo chciała dać mu coś słodkiego do zjedzenia na pocieszenie. Jednak między słoiczkami i pudełkami zalegającymi na pułkach nie mogła niczego znaleźć. Doskonale wiedziała za to, gdzie szukać składników potrzebnych do przygotowania magicznych mikstur. Suszone motyle i szczurze ogonki zawsze leżały obok gramofonu. Czarownica była bardzo muzykalna. Twierdziła, że muzyką można wyrazić wszystko – strach, radość, rozwagę i każdy obłęd człowieka. Słodyczy jednak nie znalazła. Wzięła za to płytę, włożyła do gramofonu i ułożyła na niej igłę do odtwarzania. – Posłuchaj teraz muzyki i powiedz mi co czujesz? – to moje ostatnie pytanie do ciebie. Nie musisz szukać odpowiedzi nigdzie poza sobą – w tym momencie czarownica zamilkła.

Między drewnianymi ścianami zawirował dźwięk. Muzyka była gęsta, niemal maślana. Powoli przyklejała się do ciała Oliviera. Druga warstwa kompozycji wirowała w powietrzu niczym burza piaskowa. Obie części, co jakiś czas tworzyły kremową wstęgę wokół chłopca. Olivier zamknął oczy, oparł głowę na kolanach, usilnie wsłuchiwał się w melodię, śledził dźwięki, próbował nawet nadawać im kolor. Jego wyobraźnia zaczęła tonąć w obrazach. Nie wiedzieć dlaczego, nagle zaczął unosić się w powietrzu nad swoją wyspą. Szybował wysoko, chociaż nie miał skrzydeł. – Czarownico, czuję, że ta muzyka kłamie, bo przecież nie może sprawić, że zaczniemy latać – powiedział stanowczo chłopak. – Hmmm, westchnęła głęboko i głośno kobieta. Bardzo mnie zdenerwowałeś! Nasze uczucia nie kłamią. Kiedy widzimy długiego, dwumetrowego węża, to się go boimy – czujemy strach. Jednak, gdy nagle usłyszymy, że mama przygotowała dla nas niespodziankę, pojawia się w nas radość. Wyobrażamy sobie, co to może być. Tak samo jest z muzyką. Muzyka nie kłamie. Pozwala nam zrozumieć czego naprawdę pragniemy i za czym tęsknimy. Dzięki niej przeżywamy wszystko to, czego nie zaznalibyśmy w innym sposób. I nawet, jeśli nie możemy tego mieć, to możemy czuć się tak, jakbyśmy byli tego właścicielami. Olivier podniósł głowę z kolan. Cały świat zniknął. Czarownica zabrała chłopcu wzrok…”

W tym momencie Jan przerwał czytanie. Zerwał się nagle. Pośpiesznie ubrał kurtkę. Zarzucił tornister na plecy. Zostawił otwartą książkę i wybiegając z biblioteki mówił do Jagody pośpiesznie łapiąc oddech: – Dziękuję! Już wiem, już wiem, dlaczego moje oczy straciły kolor! Dziękuję, że mi pomogłaś! Bibliotekarka niezgrabnie pomachała Janowi wychodząc za nim na zamkowy dziedziniec. Znana była z tego, że bardziej wolała poznawać ludzi niż ich żegnać. Po powrocie do sali, włączyła ulubiony gramofon, aby przeciąć ciszę i zrobić kilka piruetów w kwiecistej sukience. Jan gnał śliskim chodnikiem w stronę kościelnych wież. – Proszę mi otworzyć drzwi! Słyszy pan!? Proszę mnie wpuścić – Jan stał przed wejściem do mieszkania Parówkarza i uderzał małymi piąstkami w drzwi na wysokości klamki. – Czego ode mnie chcesz ty łobuzie? Wynoś się stąd! Ale już! – nauczyciel uchylił drzwi i nie miał zamiaru dyskutować ze swoim uczniem. – Muszę natychmiast wejść – Jan bez wahania zaparł się jak tylko mógł najmocniej. Popchnął drzwi i wtargnął do mieszkania Parówkarza. Pobiegł proposto do jego sypialni. Doskonale pamiętał, że właśnie w tym pokoju stał gramofon. Jan dziwił się wtedy, że nauczyciel posiada tylko jedną płytę i że w ogóle jest zdolny odróżniać muzykę od własnego chrapania. Nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, że człowiek o paskudnym charakterze słucha tak pięknej melodii. Niemal od razu poznał ją po opisie w książce. Wiedział, że dźwięki o delikatnej i kremowej konsystencji już gdzieś słyszał. – Spiorę cię na kwaśnie jabłko! Ty, ty… – w tym momencie Jan wszedł w zdanie nauczycielowi. – Parówkarz to Olivier! Wiem o tym. Nie widzisz nikogo, niczemu się nie przyglądasz i nie znasz swoich uczuć. Jak się tutaj znalazłeś, skoro czarownica odebrała ci wzrok? – teraz to Jan stawiał pytania. Parówkarz oparł się całym cielskiem o ścianę pokoju. Zsuwał się po niej powoli, aż wreszcie usiadł na podłodze. Jego grube nogi wyglądały jak dwa niekształtne zawijasy. – Prosiłem i błagałem czarownicę, aby oddała mi wzrok. Byłem gotowy zrobić dla niej wszystko. Powiedziała, że zgodnie z umową zabierze mnie z wyspy i pokaże, jak wygląda życie w świecie, którego nie znam. W zamian za odzyskanie wzroku zamieniła mnie w człowieka, który odstrasza ludzi swoim wyglądem i zachowaniem. Miałem nim pozostać tak długo, dopóki nikt nie będzie mnie próbował naprawdę poznać i zobaczyć. Dodała też, że mam słuchać muzyki, aby zrozumieć swoje prawdziwe uczucia. Z tego zaklęcia miało mnie wyzwolić tylko spotkanie z wolnym człowiekiem. Z osobą, która nie boi się własnego świata i nie kłamie tak jak ja – mówił spokojnie Parówkarz. – Pamiętasz te sobotę, gdy pomalowałeś moje mieszkanie? – zapytał. – Oczywiście. Zupełnie zapomniałem się w tym co robię, a gdy wróciłeś, bałem się jak nigdy w życiu – odpowiedział Jan. – Kiedy zobaczyłem kolory na moich meblach, a na ścianach kwiaty i plamy, to poczułem, że pozwoliłeś mi na chwilę wrócić do domu – na moją kolorową wyspę. Oczywiście nie mogłem ci tego powiedzieć. Od kilku lat żyję w tym mieście i jestem traktowany tak, jak kiedyś ja traktowałem innych. Chociaż krzyczę na wszystkich tak głośno, to nikt nie słyszy mojego nieszczęścia, chociaż mój wygląd jest odrażający i wszyscy się za mną oglądają, to nikt mi się nie przygląda. Nikt nie pyta, dlaczego taki jestem – wyznał Parówkarz. Jan słuchał z niedowierzaniem tej historii. Zastanawiał się co ona ma wspólnego z jego poczuciem wolności i kolorem oczu. – Ty Janie nie bałeś się malować tego co czujesz, jako jedyny rozejrzałeś się po moim pokoju i włączyłeś gramofon. Zastanawiało cię to, kim tak naprawdę jestem. Gdybyś nie odważył się zadać tego pytania, nigdy nie wróciłbym do swojej dawnej postaci, a twoje oczy nie miałyby znów tak pięknego zielonego koloru – dokończył Olivier. Wtedy jego ciało zaczęło się zmieniać. Ze szkarłatnej twarzy zeszła opuchlizna, a szara i brudna cera nabrała naturalnego koloru. Włosy stały się gęste i błyszczące. Nogi i ręce – wcześniej krótkie i niekształtne – otrzymały swoje dawne proporcje. Powyciągany szlafrok, w którym chodził nauczyciel, wisiał teraz na nim jak na wieszaku. Olivier wrócił do swojego domu na wyspie. Opowiedział czarownicy, że moment, w którym zaczynamy przyglądać się ludziom, pozwala nam zobaczyć w nich prawdę i nie musimy tej nauki szukać w dalekim świecie. – Zgadzam się z tobą, Olivierze. Wartość jest w nas i cieszę się, że to odkryłeś – skomentowała powrót chłopca czarownica i podała mu kompot z bzu.

Po wielu latach od tej historii, Jan poszedł na studia. Od swojego profesora dowiedział się, że Lutecja to pierwsza nazwa wyspy, na której Rzymianie założyli miasto Paryż. Jan, nie zastanawiając się długo postanowił odwiedzić Oliviera i tym razem to on, na kilka lat zamieszkał we Francji.

Tekst/ilustracje: Kinga Markowska