Port w miasteczku Niewiady jak zawsze tętnił życiem. Okrętowy kucharz o imieniu Bebok jako pierwszy zszedł z pokładu statku, żeby jeszcze przed nastaniem gwaru zrobić zakupy na miejscowym targu. Musiał się śpieszyć, bo cumy rzucono tylko na trzy godziny, a on miał zaopatrzyć okrętową spiżarkę na kilka następnych tygodni. Na długiej liście zakupów wypisywał starannie potrzebne ilości warzyw, owoców, przypraw i słodyczy. Taki kilometrowy papier schował w przedniej kieszeni fartucha i gnał w stronę pachnących straganów. Uwielbiał targ w Niewiadach, bo wyglądał jakby ktoś pokruszył tęczę i ulepił z niej małe, delikatne ziarenka, które dodane do zupy sprawiają, że nie można opanować jedzenia.

– Pochłaniacie zapasy, jak jakieś wieloryby – upominał marynarzy w czasie wspólnych rejsów. – Za chwilę wszystko zjecie i umrzecie z głodu – krzyczał siekając jabłka do szarlotki. Nikt się tymi groźbami nie przejmował, bo każdy dobrze wiedział, że z Bebokiem na pokładzie jedzenia nigdy nie zabraknie.
– Hmmm… Tym razem chyba będzie inaczej, bo nie mam ze sobą okularów i prawie nie umiem odczytać niczego z listy zakupów – myślał gorączkowo kucharz miotając się między malutkimi stoiskami z marchewką, burakami i zielonym groszkiem. Od wczoraj nie potrafił znaleźć swoich szkieł.

Kilka lat temu, podczas smażenia placków ziemniaczanych, gorący olej prysnął Bebokowi prosto w oczy. Od tamtego czasu nosił specjalne okulary, które powiększały litery i pomagały wybierać najbardziej świeże produkty. – Gdzie ja je mogłem położyć? – pytał w myślach sam siebie. Czas płynął nieubłaganie i kucharz musiał sobie radzić bez nich. Wszyscy klienci i sprzedawcy na targu próbowali pomóc Bebokowi, pożyczali mu swoje okulary, czytali to, co zapisał na liście zakupów i pokazywali – ich zdaniem – najlepsze kawałki sera, wyśmienite wędliny i delikatny szafran. Bebok wrócił na statek w ostatniej chwili. Zapakował produkty do spiżarki, a później kisił i marynował, peklował i suszył. Piekł chleby i wyrabiał makarony. Wszystko po to, by jedzenie się nie zepsuło, a marynarze mieli co jeść w czasie rejsu przez ocean. Pracował tak ciężko, że sam zapomniał o odpoczynku, a jago oczy bez okularów działały coraz słabiej. Zrobił na szczęście wszystkie przetwory.
– Połóż się teraz spać, kochany Beboku – zaproponował kapitan. – Ledwo stoisz na nogach i do tego przesoliłeś dzisiejszą zupę pomidorową – dodał mrugając okiem.
Kucharz wraz ze swoją wielką czapką runął do hamaku, z ulgą przymknął powieki i zasnął w pięć minut.
Rano wydarzyła się rzecz straszna. Bosman, dwóch mechaników i czterech marynarzy trzymało kucharza tuż przy burcie.
– Co się tutaj dzieje?! – krzyczał zdenerwowany kapitan.
– Kapitanie, Bebok chciał wyskoczyć za burtę, bo wszystkie zapasy jedzenia zaczęły się psuć – odpowiedział natychmiast mechanik.
– Nie ma dla mnie ratunku. Zgubiłem okulary i przez mój słaby wzrok wybrałem złe produkty. Kupiłem stary ser i mleko, śmierdzące jajka i olej silnikowy zamiast oliwy. Sprzedawcy mnie naciągnęli, sprzedali mi nadgnite mięso i spleśniałe owoce. To najgorszy dzień mojego życia – szlochał kucharz, a jego łzy spływały z pokładu prosto do oceanu.
– To nie twoja wina, że zostałeś oszukany Beboku. Natychmiast wstań i idź do spiżarki. Wyrzuć do wody wszystko, co śmierdzi. Policz co zostało i podziel przez całą załogę. Będziemy oszczędzać i łowić więcej ryb. Chłopcy, pomóżcie kucharzowi. Zrozumiano? – kapitan natychmiast zaprowadził dyscyplinę.

– Tak jest, panie kapitanie! – krzyknęli chórem wszyscy poza Bebokiem, bo ten przestał się odzywać. Smarkał tylko w śnieżnobiały fartuch.
Załoga pomaszerowała do spiżarki. Kucharzowi znów łzy stanęły w oczach. Równo poukładane, posegregowane słoiki z sałatkami, suszącą się kiełbasa i kruche paszteciki z żurawiną – wszystko to, po paru minutach, pływało na powierzchni oceanu. Mandarynki pokryte zielonym nalotem i śliwki pełne robaków dryfowały między falami niczym kolorowe płatki śniadaniowe. Po godzinie sprzątania, w spiżarce został tylko chleb, makaron, orzeszki ziemne, mak i cukier. Bebok patrzył w osłupieniu na półkę.
– I co, będziesz tak stał jak kołek w molo? Przecież jesteś najlepszym kucharzem jakiego znamy, zaskocz nas – zagadnął go przechodzący obok nawigator.

W Beboku jednak wzbierał gniew, chwycił za młotek do mięsa i zaczął uderzać nim w orzeszki ziemne. Te skakały po kuchennym blacie niczym małe sprężynki, gonił je i znów łomotał jak szalony. Gdy już opadł z sił, spostrzegł, że wszystkie szafki i podłoga kleją się od brązowej pasty, która powstała przez miażdzenie orzeszków. Kucharz delikatnie nabrał błyszczącej substancji na sam koniuszek palca i postanowił skosztować. – Hmm… No, dobre. Tylko trochę mdłe – oceniwszy smak, schylił się po solniczkę. Kilka ziarenek soli zatrzymało się na tym przedziwnym kremie, a Bebok skoczył z radości pod sam sufit kajuty. – To jest przepyszne! – tak oceniając swój wynalazek, rozpoczął zbieranie paćki do słoiczków, które zostały mu po sfermentowanych dżemach.

– Jesteś pewien, że mamy to zjeść? Wygląda jakoś podejrzanie. Nigdy czegoś takiego nie widziałem – obawiał się mechanik, gdy w sobotni poranek cała załoga statku spotkała się na wspólnym śniadaniu.
– Nikt z nas nigdy czegoś takiego nie jadł, ale to nie powód, żeby tak grymasić – oponował Bebok. – Chociaż dotknijcie czubkiem języka – prosił współtowarzyszy.
– Chyba z nas kpisz, to świecące mazidło nawet nie ma nazwy – dyskutował bosman.
– To masło orzechowe – powiedział stanowczo kucharz wzbudzając tym samym gromki śmiech w jadalni.
– Dlaczego tutaj tak wesoło? – zapytał kapitan, który także zamierzał się posilić.
– Bebok przygotował dla nas kanapki z masłem orzechowym, ale nikt z nas tego wcześniej nie jadł i boimy się spróbować. Wydaje nam się, że to trucizna – wyjaśniła zwięźle radiooficerka.
– A skąd u marynarzy strach przed masłem orzechowym? Co kilka miesięcy wypływacie na wody, których nie znacie, a dziś boicie się kremu z orzeszków ziemnych? To absurd. Proszę mi to wyjaśnić – zawyrokował kapitan.
– Boją się nowej potrawy, którą nazwałem kanapki z masłem orzechowym. Udało mi się zrobić te pastę ze zgniecionych orzeszków ziemnych. Tłukłem je młotkiem, bo byłem zły i bałem się, że zabraknie nam jedzenia – wyjaśnił kucharz.
– Rozumiem. Człowiek ma w sobie dużo strachu. Najczęściej jest tak, że jak jeden człowiek się boi, to pozostali również, chociaż sami nie wiedzą, dlaczego. Kto z was wymyślił, że Bebok podał nam masło orzechowe jako truciznę?
– Ja…. – podniósł rękę mechanik.
– No właśnie. Wyrzućcie lęk za burtę i zapraszam na śniadanie! – oznajmił kapitan. Po dziesięciu minutach cała załoga, z pełnymi brzuchami odeszła na swoje stanowiska.
– Świetne to twoje masło orzechowe. Powinieneś je opatentować i sprzedawać na targu. Co na obiad? – dopytywał kapitan.
– Makaron z makiem i cukrem.
– Co? To musi by okropne połączenie! – wykrzywił się kapitan i odszedł mrugając okiem.
– To jego poczucie humoru mnie wykończy. Nie czas na żarty. Lepiej złowię jakieś ryby na kolację – kucharz strofował sam siebie, wybierając jednocześnie wędki i przynęty.
Długie żyłki zawisły wokół rufy statku, a delikatne robaczki zawieszone na haczykach miały zanęcić łososie i makrele do podpłynięcia.
– Hallo, guten tag, ola ola! Ryby już dały się nabrać, proszę skręcić kołowrotek – wołał dudniący głos znad tafli wody.
– Kto tam? Kto tutaj jest?! – mamrotał Bebok, gramoląc się na równe nogi. Próbował ustalić skąd dochodzi głos, który brzmi trochę tak, jakby ktoś mówił przez wielką tubę siorbiąc jednocześnie zupę. Nic jednak nie zauważył, dlatego zabrał się do wyciągania połowu. Co kilka sekund spoglądał badawczo na lustro wody, bo miał dziwne przeczucie, że ktoś go obserwuje. Do tego dwa punkty w morskiej otchłani śliniły jakby mocniej i migały bardzo wyraźnie odbijając słońce. Im dłużej Bebok obserwował to dziwne zjawisko, tym szybciej światełka jarzyły się.

W tej samej chwili fale oceanu zaczęły się nasilać, aż w pewnym momencie woda wokół statku podskoczyła. Zawyła syrena, statek szybował w powietrzu, a Bebok leżał wokół wędek, ryb i żyłek cały poplątany. Gdy lewa burta całą siłą uderzyła w wodę, wszystko wskazywało na to, że statek zatonie. Lecz ten jakby się wyprostował i złapał równowagę.
– Przepraszam, sorry, sorry! Od tego jedzenia, które ostatnio wyrzuciliście ze statku cały czas mam czkawkę – odezwał się zdyszany ton. Zanim Bebok odpowiedział, na pokładzie pojawili się marynarze, wiązali liny, pompowali wodę i krzyczeli jeden przez drugiego.
– Wieloryb nas zaatakował, szykujcie działa i ostrza, nie ujdzie mu to na sucho – rozkazał bosman.
– Stop! Powoli, on nie chciał nam zrobić krzywdy – Bebok machał rękoma i starał się powstrzymać obławę. – On ma czkawkę od zepsutego jedzenia. Właśnie mi powiedział – przekonywał usilnie pozostałych.
– A ty masz halucynacje od tego masła orzechowego – upominał kucharza mechanik.
Na statku rozpętała się awantura. Marynarze zagrozili buntem, nawigator zgubił kompas, a bosman straszył, że po powrocie na ląd wszystkich zamknie w więzieniu.
– Chyba słyszę, że znów nad czymś debatujecie? – przerwał kapitan
– Jesteśmy wszyscy złej myśli, ponieważ kucharz twierdzi, że wieloryb, który niemal przewrócił nasz statek, zjadł nieświeże jedzenie wyrzucone z naszej spiżarni i ma czkawkę. Dlatego powstała tak ogromna fala – mówił szybko mechanik.
– W takim razie proszę nie być złej myśli, skoro można być dobrej i szybko udać się pod pokład, bo silnik przestał działać – zarządził kapitan.
Po dwóch godzinach od wypadku, okazało się, że statek nie ruszy, bo silnik nie nadaje się do użycia. Dzień zbliżał się ku końcowi i na pokładzie nie słychać było nic poza szumem radiostacji.
– Nadaliśmy sygnał SOS, pomoc nadejdzie dopiero za tydzień. Nowy silnik trzeba wykonać w fabryce na południu Kanady – przekazała na wieczornym zebraniu radiooficerka.
– To koniec, nasz los jest przesądzony, nie wystarczy nam jedzenia, bo kucharz wyrzucił zapasy, niech teraz za to odpowie – podniósł lament mechanik. Panika na statku była tak wielka, że nawet opanowany kapitan nie potrafił uspokoić marynarzy. Załoga w mgnieniu oka wyrzuciła Beboka za burtę.
Kucharz wpadł do oceanu niczym kukła, a jego biały fartuch unosił się na tafli wody jak białe prześcieradło. Wszyscy wiedzieli, że za chwilę ten kołyszący się punkt zniknie, bo Bebok nie potrafił pływać.

– Boisz się wody i postanowiłeś pracować na statku? – pytał za zaciekawieniem wieloryb i spokojnym ruchem wyginał swój ogromny ogon, który niczym turbina pchał największe stworzenie świata.
– Miałem nadzieję, że uodpornię się na ten lęk, a los będzie mi sprzyjał – odpowiedział kucharz, który na grzbiecie wieloryba bardziej przypominał teraz zmokłą mewę.
– Nie możesz – mój drogi – pozostawić wszystkiego losowi, bo on ma zbyt wiele do zrobienia. Trzeba mu pomóc – odpowiedział wieloryb.
– Teraz to wiem. Powiesz mi, czy masz jakieś imię? – zagadnął pasażer.
– Tak, nazywam się Rafał, wiem, że do ciebie zwracają się Bebok, słyszałem, gdy pływałem obok twojego statku – pochwalił się wieloryb.
– Dużo czasu spędziłeś obok nas?
– Podpłynąłem, kiedy twoje okulary wpadły do wody niedaleko miasteczka Niewiady. Kiedyś myślałem, że ludzie noszą je jako dekorację, ale gdy twoje leżały na dnie, to zauważyłem, że kolorowe rybki, które pod nimi pływają wydają się większe. A wiesz, wieloryby mają bardzo słaby wzrok, zamiast tego mamy w głowie ogromny mechanizm, który pozwala nam wydobywać najgłośniejsze dźwięki na świecie i słyszeć wszystko, co dzieje się na drugim końcu świata.
– Skoro masz takie super zdolności, to dlaczego, nosisz jeszcze moje okulary? – dopytywał Bebok, gdy już historia ze zniknięciem okularów się wyjaśniła.
– Ubrałem je, bo uwielbiam czytać, a bez okularów zawsze miałem z tym problem. Fascynuje mnie słuchanie ludzi na statkach i czasami nawet im odpowiadam, ale oni mnie nie słyszą, bo nadajemy na innych falach. Ty jedyny usłyszałeś. Zawsze chciałem żyć w towarzystwie, mówić w kilku językach i wymieniać się opowieściami, które przeczytam. Jednak inne wieloryby tego nie lubią, bo wolą samotność. Mówią, że jestem dziwny, bo jednym z moich marzeń było pójście na targ. Ludzie tyle o nim opowiadają i ryzykują życie, żeby przewozić towary z jednego końca świata na drugi.
– Muszę przyznać, że nie jesteś typowym wielorybem. Jesteś bardzo unikalny… – kucharz chciał pocieszyć Rafała, ale zanim skończył zdanie, odbijał się od jego lśniącej skóry niczym kauczukowa piłeczka, bo wieloryb śmiał się przesadnie.
– Haha, nie mówi się unikalny, tylko unikatowy – wieloryb drwił z kompana i przez resztę drogi wyjaśniał mu znaczenia różnych słów. – Bo wiesz, ja uważam, że unikalny, to taki, którego się unika. I nie rozumiem, dlaczego ludzie tak dziwnie mówią, na przykład, że pralka chodzi, a ja nigdy nie zauważyłem, żeby pralka miała nogi do chodzenia. Czasami, gdy słucham ludzi różnych narodowości, to okazuje się to samo słowo znaczy zupełnie coś innego. To bardzo śmieszne, bo polskie słowo pukać, po rosyjsku oznacza puszczać bąki. I wiesz tak sobie myślałem….
Bebok więcej już nie dosłyszał, bo zasnął na kołyszącym się transporcie. Obudziło go poranne słońce i ciepły piasek masujący mu twarz. Nie chciał podnosić głowy, bo konsystencja tego, na czym leżał przypominała raczej puch i pachniała kokosem. Nie mógł powstrzymać swojego szóstego zmysłu i koniuszkiem języka skosztował tej jakby mąki. Smak do złudzenia przypominał wiórki koksowe.
– Oto i moja wyspa – Rafał witając gościa robił jednocześnie piruety w wodzie.
– Dlaczego piasek ma smak kokosu?
– Tylko kucharz mógł zadać takie pytanie. Kilka lat temu bardzo długo przysłuchiwałem się rozmowie kobiety i mężczyzny. Ona zapytała – pełna podziwu – jak to się stało, że on jest taki bogaty. Mężczyzna odpowiedział, że zbił kokosy na morskich podróżach. Pomyślałam, że to nic trudnego zbijać takie kokosy. Cały czas przemierzam ocean między północą a południem, więc mogę przy okazji zająć się dodatkową pracą. Znam takie państwo, którego mieszkańcy wierzą, że wrzucanie kokosów do rzeki przynosi szczęście. Zbierałem więc wszystkie kokosy spławione przez rzekę i zacząłem je zbijać, miażdżyć i siekać. Po czasie zrozumiałem, że zbyt dosłownie potraktowałem to zdanie o zbijaniu kokosów, bo to była przenośnia. Jednak rozbitych kokosów było tak dużo, że usypała się z nich cała wyspa. Chciałem to miejsce jakoś dobrze wykorzystać, więc zacząłem tutaj holować rozbitków, a wyspę nazwałem Omlet, bo ludzie wszystkich narodowości używali tej nazwy i zawsze mówili o nim z dużym uśmiechem.
– Nie dziwię się. Usmażyłem w życiu tysiące omletów i jeśli chcesz, dla ciebie też mogę zrobić – zaproponował kucharz.
Rafał z niedowierzaniem przewrócił oczami wielkości arbuzów.
– Omlet to danie? Myślałem, że to jakieś uczucie.
– W sumie to tylko słowo, możemy zmienić jego znaczenie.
– To dobry pomysł. Jedna z mieszkanek wyspy tak robi, zamiast mówić, że ma jakieś hobby, opowiada o tym, że ma swojego konika. Mówi na przykład „książki to mój konik” albo „czytanie to mój konik”. Na początku nie wiedziałem o co jej chodzi i myślałem, że naprawdę hoduje jakieś konie.
– To znaczy, że poza mną ktoś jeszcze tutaj mieszka?
– Tak, cztery osoby, które tak jak ciebie, uratowałem od utonięcia. Zrób sobie spacer to je poznasz. Ja tymczasem coś zjem i pomyślę o kilku sprawach – wieloryb dał nura w wodę i odpłynął.

Bebok, poczuł, że jemu też burczy w brzuchu. Gramoląc się po kokosowym piachu zauważył walizkę na plaży. Leżała zupełnie pusta. Idąc w głąb wyspy mijał przedziwne przedmioty: kolorowe sznurowadła, liczydła, kartki pocztowe, parasole, butelki z zapisanymi kartkami w środku, piłki do futbolu, a przy stercie lornetek leżały nawet łyżwy. Na Omlecie rosły rośliny ze wszystkich stron świata, były tam kaktusy, drzewka oliwne i pomarańczowe, a nawet jabłonie. Między zapachami ktoś bardzo głośno kichał.
– Dzień dobry, przyszedłem się przywitać – zagadnął wesoło Bebok, gdy jego oczom ukazała się kolorowa postać.
– Cześć, jestem Danga – do Beboka zbliżył się głos słodszy niż wszystkie szarlotki świata
– To ty założyłaś ten piękny sad?
– Tak, kiedy wieloryb mnie uratował miałam w kieszeni jedno jabłko. Na wyspie nie było prawie nic do jedzenia. Zjadłam jabłko, a ogryzek wyrzuciłam. Po kilku tygodniach, z pestek zaczęły kiełkować małe drzewka. Kiedy podrosły i zakwitły musiałam je sama zapylać, to znaczy na kwiaty nanieść pyłek z kwiatka na kwiatek. Jak takie pyłki się połączą, to powstaje owoc. Tak tłumaczył mi to dziadek. Normalnie pyłki między kwiatami przenoszą pszczoły, ale tutaj ich nie ma.
– Dlaczego te wszystkie jabłka mają tak wiele odmian?
– Haha, bo na kwiatki jabłoni przynosiłam pyłki różnych innych roślin: malin, róż, bzu, a nawet ogórków i arbuza. Dlatego niektóre z moich jabłek smakują jak malina, chociaż nadal wyglądają jak jabłko. Proszę, częstuj się – Danga wskazała na drzewka.
Kucharz, zanim zerwał jabłko, myślał o tym jak wiele lodowych sorbetów mógłby z nich przygotować. Pożegnał się z Dangą i poszedł dalej.

Część wyspy, na którą teraz się kierował wzrastała delikatnie ku górze. Na szczycie pagórka stała jakaś ogromna konstrukcja. Drewniane pale powbijane były jeden w drugi, tworząc bezkształtnego potwora. Cała ta maszyna obwieszona była kamykami, puszkami, kwitkami, sztućcami i wypisanymi mazakami. Wokół tej graciarni biegała świnka na trzech nogach. Bebok z zaciekawieniem dostrzegł, że ta mieszkanka wyspy ma skórę w kolorze lawendy.
– Jeśli przyszedłeś się pośmiać, to śmiało – zareagowała nerwowo.
– Nie szukam zaczepki. Dopiero co tutaj zamieszkałem i poznaję wyspę. Mam na imię Bebok – wyjaśnił kucharz.
– Ja nazywam się Trójnoga Świnka. Mieszkam na Omlecie od kilku miesięcy, odkąd wieloryb uratował mi życie, gdy handlarze zwierzętami wyrzucili mnie ze statku. Z powodu mojego dziwnego koloru i trzech nóg nikt nie chciał mnie kupić do zagrody. Ludzie boją się podobno wszystkiego, co jest trochę inne.
– Oj tak… – powiedział smutno Bebok i zaraz dopytał: – A co to za konstrukcja?
– To maszyna postępu. Codziennie coś w niej zmieniam, dodaję, wieszam, przebijam, domalowuję.
– Ale przecież te rzeczy zupełnie do siebie nie pasują – dziwił się Bebok.
– Uważam, że takie niedopasowane elementy – gdy już jeden wejdzie w drugi – zostają ze sobą na długie lata, a te pasujące szybko można rozdzielić.
– Tyle wystarczy, by postęp się pojawił? – Bebok poczuł, że to najtrudniejsze pytanie jakie w życiu zadał.
– Myślę, że jeśli codziennie wszystko wygląda tak samo, to znaczy, że zatrzymaliśmy się w miejscu. Dlatego ty się nie zatrzymuj i zwiedzaj dalej – Trójnoga Świnka pogoniła Beboka, a ten machając na pożegnanie oddalił się od jej skomplikowanej aparatury.
Brzeg plaży rzeczywiście przypominał postrzępione krawędzie omletu. Głodny i spragniony Bebok miał nadzieję, że w końcu trafi do jakieś restauracji i zamówi porcję makaronu. Jednak godziny mijały, a brzuch burczał złośliwie. Nie wiedział nawet, kiedy zasnął ze zmęczenia.
– Czy pan się dobrze czuje? – Bebok zaraz po tym jak usłyszał pytanie otworzył oczy i zobaczył pochylających się nad nim dwóch chłopców. Byli dokładnie tacy sami. Jak dwie krople wody. Próbował odpowiedzieć, ale kręciło mu się w głowie.
– Zemdlałem z głodu – wyjaśnił w końcu nieśmiało. – I, bardzo przepraszam, ale chyba już widzę podwójnie, taki jestem słaby.
– Haha – roześmiali się chłopcy. – Dobrze pan widzi, rzeczywiście jest nas dwóch. Jesteśmy bliźniakami. Ja jestem Gruby Sam, a to jest Tęgi Sem – wyjaśnili próbując pomóc kucharzowi wstać. – Pójdziemy coś zjeść. Mamy w domu zupę pomidorową i koktajl truskawkowy – zaproponował Gruby Sam.

– Mam imię Bebok – wymamrotał kucharz i ciągnąc za sobą fartuch człapał powoli.
Po pięciu minutach drogi, cała trójka stanęła przy namiocie. Wyglądał na mocno zużyty i pełen był łat. Obok paliło się ognisko, które podgrzewało kociołek z obiadem. Bliźniacy wyciągnęli z namiotu miski i nałożyli porcje jedzenia. Kucharz wielkim chłystem wypił zupę. – Hmmm, to przecież zupa ogórkowa – pomyślał i rozejrzał się wokół siebie w poszukiwaniu koktajlu truskawkowego, ale czuł, że chyba nic więcej nie dostanie.
– Dlaczego mnie okłamaliście? Nie mieszkacie w prawdziwym domu, zamiast zupy pomidorowej dostałem ogórkową, a o koktajlu też raczej mogę zapomnieć – dopytywał zawiedziony Bebok. Chłopcy tylko wzruszyli ramionami. Nowy mieszkaniec wyspy podziękował za obiad i postanowił wrócić na brzeg, żeby poszukać wieloryba.

Po drodze zabrał pustą porzuconą walizkę i wkładał do niej wszystko, co można zjeść: jabłka, ogórki, figi i banany. Nie mógł powstrzymać się z radości, gdy odkrył też orzeszki ziemne.
– Co tutaj przytaszczyłeś? – zainteresował się wieloryb Rafał, gdy zobaczył jak Bebok upycha do swojego kuferka muszle z plaży.
– Nazbierałem trochę owoców, gdy wracałem z odwiedzin mieszkańców wyspy. Każdy z nich jest bardzo unikalny i … – kucharz znów nie zdążył dokończyć zdania, gdy w jego uszach już dudnił głos wieloryba.
– Unikatowy! Tłumaczyłem ci przecież!
– Tak, tak pamiętam. Powinieneś napisać książkę o wszystkich swoich przygodach i zagadkach językowych.
Rafał posmutniał i zrobił w wodzie delikatny obrót. Wielorybi jasny brzuch, pokryty bruzdami i fałdami dryfował przez chwilę na powierzchni. – Wiesz zawsze chciałem to zrobić, ale nie umiem pisać, bo jak widzisz, zamiast palców mam płetwy, w których nie utrzyma się żaden długopis – powiedział smętnie wieloryb i zanurzył się w wodzie.
Razem w wielorybem zniknęło też słońce. Bebok usadowił się na ciepłym piasku, wszedł do swojej ogromnej czapki kucharskiej jak do śpiwora i próbował zasnąć, ale jedna myśl nie dawała mu spokoju. Prawie nie zmrużył oka, bo zastanawiał się jak pomóc Rafałowi. Do głowy przychodziły mu różne rozwiązania: ręce doczepiane do płetw, rysik zamontowany na ogonie, a między tym wszystkim – eureka (!) – maszyna do pisania! Oszołomiony tym pomysłem nie mógł doczekać się świtu. Gdy tylko słońce zaczepiło promieniami o jego podbródek, wygramolił się z czapki i w podskokach popędził do Trójnogiej Świnki.
– Dzień dobry, mam nadzieję, że dobrze spałaś, bo mam dla ciebie wyzwanie. Pomyślałam, że możemy podziękować wielorybowi za to, że uratował nam życie i zrobić dla niego maszynę do pisania. On marzy o tym, by napisać książkę – Bebok mówił z takim entuzjazmem, że Trójnoga Świnka prawie straciła równowagę.
– Fantastyczny pomysł! Jak mogę ci pomóc?
– Umiesz wymyślać różne urządzenia, więc powiedz, jak zrobić maszynę, która będzie sama pisać!
– Hmm… – to ogromne wyzwanie! Będę potrzebowała pomocy pozostałych mieszkańców wyspy. Pomyślę nad taką maszyną, a ty w tym czasie sprowadź do mnie wszystkich.
Bebok nie miał czasu do stracenia i natychmiast skierował się w stronę plantacji jabłek Dangi. Gdy tylko dotarł na miejsce, dostał szklankę soku na uspokojenie.
– Mówisz, że będziemy robić maszynę do pisania? To naprawdę piękny pomysł, ale w jaki sposób ja mogę w tym pomóc? Umiem tylko sadzić i zapylać jabłonie – zastanawiała się Danga.
– Trójnoga Świnka twierdzi, że sobie poradzimy, jeśli będziemy działać razem.
– W takim razie chodźmy czym prędzej do Grubego Sama i Tęgiego Sema!
– O nie! Oni pewnie nam nie pomogą i tylko nas okłamią! – sprzeciwiał się Bebok.
– Kłamie tylko Gruby Sam, a Tęgi Sem zawsze mówi prawdę. Sprawdziłam to.
– Ale wyglądają dokładnie tak samo, skąd wiesz, z którym akurat rozmawiasz? – dopytywał kucharz, a Danga zrobiła minę niczym detektyw.
– Zanim o coś zapytam, zadaję jednemu z nich pytanie kontrolne, na które ja sama potrafię odpowiedzieć, na przykład: ile masz nóg albo rąk, a kiedy usłyszę odpowiedź wiem już, z którym z braci rozmawiam.
– No tak, to bardzo logiczne.
Po tym wyjaśnieniu ruszyli w stronę namiotu bliźniaków. Spotkali ich po kilku minutach, na brzegu wyspy polujących na kraby i łowiących ryby.

– Witajcie chłopcy – zaczęła radośnie Danga – ile to krabów już złapaliście – zapytała łypiąc okiem do wiadra.
– Osiem – powiedział chłopiec stojący bliżej wiadra, a ten trzymający wędką stwierdził, że dwa.
– Widzę, że Gruby Sam doliczył nawet te kraby, których nie złapał – zaśmiała się Danga i już było wiadomo, że lepiej rozmawiać z bratem, który trzyma wędkę. – Tęgi Semie, mamy pomysł, żeby zrobić prezent dla Rafała za uratowanie życia i możliwość mieszkania na Omlecie. Chcemy skonstruować dla niego maszynę do pisania. Pomożecie nam?
– Oczywiście! – odparli chórem.
– Chodźcie więc z nami do Trójnogiej Świnki, ona szykuje projekt maszyny – Danga spojrzała wymownie na braci i rozkazała zabrać kraby na wspólny obiad.
Trójnogą Świnkę zastali zakopaną w liściach bananowca, na których rysowała projekt maszyny do pisania, jedną nogę miała przygniecioną wielkim liczydłem, a na szyi wisiał cyrkiel. Kiedy tylko ich zobaczyła rozwinęła ogromy zielony rulon, na którym między liczbami, kreskami i dziwnymi wykresami pojawił się model maszyny do pisania.

– Zobaczcie – wystarczy, że wieloryb naciśnie guzik z taką literką jakiej potrzebuje, a ona odbije się na kartce – instruowała krok po kroku.
– Czyli dokładnie tak samo jak pieczątki na listach? – podpowiedział Tęgi Sem.
– Idealnie to opisałeś – potwierdziła Trójnoga Świnka.
– Atrament możemy zrobić z soku z granatów, widziałem je na wyspie, a wiem, po swoim fartuchu, że plam po nich nie da się sprać – podpowiedział Bebok.
– Jesteście wspaniali! Proszę, aby każdy wykonał teraz swoją część pracy: bliźniacy niech wyrzeźbią z łupin orzecha literki do odbijania, a Danga i Beboku zrobią atrament z owoców granatu. Przynieście wszystko najszybciej jak możecie.
Każdy ruszył do pracy.
Bebok wrócił najszybciej z buteleczką wyciśniętego i przefiltrowanego soku. Danga niosła dodatkowo kokardę zrobioną ze skórek jabłek.
– No, co – przyda się, żeby przyozdobić prezent – powiedziała napotykając pytający wzrok świnki.
Czekając na bliźniaków Bebok zabrał się do gotowania obiadu. Zupa krabowa z marchewką i wodą kokosową pachniała niepowtarzalnie. Jej zapach zwabił nawet Grubego Sama i Tęgiego Sema, którzy wysypali z worka pięknie wyrzeźbiony alfabet.
– Smacznego! Niech obiad nie stygnie – kucharz zaprosił wszystkich do wielkiej wazy. Trójnoga Świnka nie zareagowała na zaproszenie. W jej warsztacie słychać było dudnienie młotów i zgrzyt piły.
– Uwaga, uwaga! – po godzinie pracy mała majsterkowiczka otworzyła drzwi, przez które z wielkim trudem wyniosła cudaczne urządzenie. – Literki przymocowałam do dawnych szprych rowerowych, wszystko połączyłam w taki sposób, że wystarczy wcisnąć odpowiedni guzik i literka odbije się na kartce – tłumaczyła Trójnoga Świnka, a wszyscy zainteresowani dokładnie przyglądali się maszynie. – Jest tylko mały problem, wszystko co chwilę się zacina, bo nie jest naoliwione, a ja nie mam oleju – powiedziała z niepokojem.
Olej był jednym z ulubionych słów Beboka. Potrafił go z robić z kokosów, oliwek i słonecznika, dlatego ten problem rozwiązano w mig. Nasmarowana i przyozdobiona kokardą maszyna, z zapasem kartek, była gotowa do transportu.
Mieszkańcy zmieniali się podczas drogi w jej niesieniu i gdy dotarli na plażę ustawili się w rzędzie zasłaniając prezent przed wielorybem.

– Rafale, Rafale! – krzyczeli donośnie, aż po dobrych piętnastu minutach wieloryb pojawił się niedaleko brzegu.
– Witam was, wyglądacie jak płot przeciwpowodziowy – żartował sobie wieloryb i chichotał niczym młody delfin.
– Przyszliśmy tutaj, żeby podziękować ci za uratowanie nam życia. Mamy dla ciebie prezent – zaczął Bebok.
– Wiemy, że chciałbyś napisać książkę, dlatego zrobiliśmy dla ciebie maszynę do pisania – wtedy wszyscy rozsunęli się. – Wystarczy, że wciśniesz taką literę, jakiej potrzebujesz, a ona odbije się przez tusz i trafi na kartkę – wytłumaczyła Trójnoga Świnka i zaczęła demonstrować działanie urządzenia.
– Twoja jedna płetwa z łatwością taki mechanizm obsłuży – dodała Danga.
Wielorybie serce wielkości samochodu zaczęło bić bardzo szybko, oddech przyśpieszył i fontanna na czubku głowy zmieniła się w szalony wodotrysk. W wodzie niosła się pieśń, której świat dotąd nie słyszał.
– Dziękuje, jesteście moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Wasza różnorodność to najlepsza recepta na udane życie – powiedział Rafał, a w jego oczach kołysały się oceany z całego świata.
Od tego momentu wieloryb wypływał w najdalsze krainy, towarzyszył statkom i oglądał porty na różnych kontynentach, a po powrocie oddawał zapisane kartki mieszkańcom Omletu, którzy dokładali je do książki pod tytułem „Targ myśli”.
Tekst/ilustracje: Kinga Markowska