25.08.1806
Grzyby rosną w tym roku jakoś nieśpiesznie. W lasach jest ich jak na lekarstwo. Niebo nad Wiedniem od kilki dni gęstnieje niczym skwaśniałe mleko, przez które przebija się tylko cisza.
Zauważyłem, że jedną z oznak silnej osobowości jest miłość do tego, co bezosobowe. Może dlatego studiuję kolejne wiadomości na temat Georga Cayley’a, który zidentyfikował cztery siły działające na otoczenie: ciąg, opór, ciężar i siłę nośną, a także opisał profil skrzydła. Wynalazł też pasy bezpieczeństwa, koło szprychowe, silnik spalinowy, niewywracalną łódź oraz szybowiec. Wszystko, co Cayley wymyślił działa, bo oparte jest na zdrowych zasadach fizyki sformułowanych przez Newtona i Bernoulliego. Podziwiam tego człowieka. Za każdym razem, gdy pytam Sile o jej zdanie w kwestii rozwoju inżynierii, odpowiedź niesamowicie mnie zaskakuje.
Sile ceni wynalazców, wizjonerów i niepokorne dusze, jednak nie potrafi zrozumieć, dlaczego jest wokół tych nowości zawsze tyle hałasu. Dosłownie. Powiedziała, że wyobraża sobie jedynie huk, który powstałaby po odpaleniu takiej maszyny wymyślonej przez Cayley’a i dlatego wolałaby nigdy nie doczekać ich poznania.
– Wydaje mi się, że dźwięk należy zastrzec tylko dla ludzi, bo to stanowi o ich doskonałości. Każde gruchanie lub chrzęst. Szczęk i zgrzyt. Wszystko to powinno pokazywać zło, przemoc i ból człowieka. Przedstawiać go w mroku, kajdanach lub pasji i miłości. – Mówiąc to, Sile zawiązywała buty i nie wysilała się specjalnie na dodatkowy komentarz.
– Rzeczywiście, Cayley jest bardzo wrażliwy. Czy rzeczywiście nie wytrzymałby takiego ryku? – Zastanawiałem się w duchu i pytałem sam siebie, czy wszystkie projekty Cayley’a uda się kiedyś wprawić w ruch i otworzyć jakiś nowy bezkres możliwości. Uwielbiam wielkie kaprysy.
26.08.1806
Nie mam poczucia winy z tego powodu, że nie udzielam się społecznie, choć czasem mi to doskwiera, bo samotność jest bolesna. Gdy jednak ruszam między ludzi, mam wrażenie, że upadam moralnie. To tak, jakby szukać miłości w burdelu. Nie wiem, gdzie przeczytałem to zdanie. Też tak robię.
Sile pogania, aby rozpocząć przygotowania do wyjazdu na Morawy.
27.08.1806
Krzątam się po pokoju gościnnym. Nuty upycham do kufra, mieszając je z apaszkami i kamizelkami do koszuli. Mój sposób pakowania, podobnie jak system pracy, odbiega od klasyki. Chociaż używam tych samych narzędzi, co inni kompozytorzy, to przy klawiaturze przerabiam każdy fragment na dźwięki zupełnie niepodobne do tych, które gra się na co dzień w salonach.
Sile mówi, że gdy obserwuje mnie przy pracy, to czuje, jak przeszywam jej duszę. Twierdzi, że mając do dyspozycji dziesięć zwykłych palców, pozwalam im na ruch rewolucyjny.
Gdybym był wynalazcą, wynalazłbym metodę do tworzenia wynalazków. Tego jestem pewien.
2.09.1806
Chyba niczego nie zapomnieliśmy. Dyliżans ma być jutro rano o godzinie dziesiątej. Jeszcze cała noc przed nami. Wyobrażam sobie, że skuteczne dzieło sztuki pozostawia po sobie ciszę. Sile śpi już od godziny. Podróż na Morawy zaplanowaliśmy kilka miesięcy wcześniej, kiedy mój przyjaciel Karl, poprosił o napisanie utworu, w którym nie ma strachu i cieni. Takie prośby otwierają we mnie drzwi do świata brawury i siły. Ta kompozycja jest jednak inna. Zależało mi na tym, aby Karl znalazł w niej radość, śmiał się z przejęzyczeń i dał się ponieść marzeniom
zamiast kurczowo trzymać się sztywnego rozkładu, który codziennie rozpisuje przy śniadaniu.
Napisałem dla Karla koncert na fortepian, wiolonczelę i skrzypce w tonacji C-dur. Jest jednością, ale potrójną, bo równocześnie pozwala na przyjemność muzykowania, pełnego energii wzajemnego oddziaływania orkiestry oraz trzech solowych instrumentów: fortepianu, skrzypiec i wiolonczeli, tworzących pełną niuansów muzyczną grę. Karl usłyszy to wszystko niebawem.
6.09.1806
Po trzech dniach podróży widać już krajobraz morawskich winnic i zarys miasteczka Kounic. Muzyczna akademia Europy, jak wielu opisuje tę część kontynentu. Ta kraina rzeczywiście ma w sobie coś bardzo płodnego, bo wydała na świat poetów, kompozytorów i pedagogów dryfujących w charakterystycznej dla siebie melancholii. Znam takich, którzy nazywają ten stan nudą. Lecz argument nudy jest doprawdy pełen hipokryzji. Nie istnieje bowiem coś takiego jak nuda – to tylko nazwa dla pewnego rodzaju frustracji.
7.09.1806
Dotarliśmy. Podczas wizyt w Kounic wstępuje we mnie śmiałość, ponieważ spacerując między pagórkami zawieszonymi w nieważkości, mogę w kojący i niczym niepohamowany sposób gwizdać. Bez zastanawiania się, komu takie zachowanie może przynieść pecha lub jak bardzo – mnie samemu – psuje reputację. Próbuję zdrowieć w samotności. I tak samo chorować w obolałej pustce. Kilkuletnim dzieciom intuicja podpowiada, że gwizdanie jest dla nich naturalną formą ekspresji. Niedługo później dowiadują się, że takie swobodne pogwizdywanie to nieeleganckie zachowanie. Dorośli utożsamiają gwizdanie z wiatrem, dlatego słyszą w nim zniszczenie i zamęt. Nasza kultura opiera się na nadmiarze i nadprodukcji, w rezultacie czego, doświadczenie zmysłowe stopniowo coraz bardziej traci na
wyrazistości. Warunki współczesnego życia – materialnej obfitości, namnożenia rzeczy – osłabiają naszą zdolność odczuwania. Dziś ważne jest uleczenie naszych zmysłów. Musimy się nauczyć więcej widzieć, słyszeć i odczuwać.
Należy gwizdać.
11.09.1806
Urodziłem się w momencie, gdy moje rodzinne miasto pogrążone było w śnieżnej zamieci. Wiatr zdawał się kląć na wszystko, co niezmienne. Huragan zapoczątkował moje życie i prawdopodobnie zmierzwił mi także włosy. Wiatr jest częścią mojej natury, dlatego stało się niemal pewne, że gwizdanie – prędzej, czy później – wejdzie mi w krew.
13.09.1806
Kilka lat temu wyszło na jaw, że Morawy to raj dla gwizdaczy w każdym wieku, a swoją popularność zawdzięczają mieszkającemu w kilkuosobowej wiosce doktorowi Sminki. Ten kontrowersyjny fizjolog całe życie zawodowe badał motorykę ciała. W swoich badaniach udowodnił, że podczas gwizdania częstotliwość wydawanych dźwięków łagodzi ból głowy oraz uspokaja układ trawienny. Za każdym razem, gdy przebywam na Morawach, próbuję odzyskać to, co utraciłem w wyniku swoich chorób – spokój żołądka i słuch. Z każdym pobytem gwiżdżę głośniej i głośniej.
15.09.1806
Od rana młody hrabia na horyzoncie.
– Oszalał pan? Zmarłego obudzisz tymi gwizdami! – Patrzyłem tylko w granatowe oczy człowieka, który wymachiwał chudymi rękoma. – Urocze te melodie, ale straszą całą zwierzynę, a my z Karlem próbujemy coś upolować. – Hrabia
gestykulował niczym zaawansowany mim. Mówił tak szybko i niewyraźnie, że nie potrafiłem dokładnie zrozumieć, dlaczego jest taki nerwowy. Wsuwając w jego dłonie kartkę i ołówek pośpiesznie wyjaśniłem sytuację.
– Jestem w połowie głuchy, proszę mówić spokojniej lub zapisać – sylabizowałem ostrożnie.
Hrabia natychmiast skłonił się nisko i gryzmoląc przeprosiny na kartoniku, płonął kolorem swojego czerwonego surduta. Kilka minut później zjawił się Karl i częstując wszystkich jagodami, wzajemnie przedstawiał i wyjaśniał, kto jest kim. Ściskał nas przy okazji jak małe pieski. Wbrew pozorom wszyscy poczuli, że to początek czegoś dobrego.
– Proszę wybaczyć moje chłopięce zachowanie. Nazywam się Franz Op. Ilekroć widziałem się z Karlem opowiadał o fenomenie pana muzyki. Pragnę w ramach zadośćuczynienia zaprosić pana do mojego pałacu w mieście Jedendwadwapięć. Chciałbym także poznać pana z lekarzem Galwanim, który prowadzi eksperymentalne terapie prądem. Być może uratują pana słuch. – Zapewniał mnie hrabia, mówiąc przy tym głośno, wyraźnie i akcentując słowo pan w nienaturalny sposób.
Niczego nie pragnąłem tak bardzo, jak wyjść z mroku szumów i trzasków, które nieustannie snuły się w mojej czaszce. Po kilku dniach pobytu u Karla daliśmy się namówić na wycieczkę na Śląsk, aby poznać bliżej Franza Opa.
18.09.1806
Jededwadwapięć jest miastem prywatnym, a właściciele od kilku pokoleń dbają o każdy jego szczegół. Zapraszają do swojej posiadłości osoby, których umysły wykraczają poza schematy.
Mogę zrobić absolutnie wszystko i poza mną samym nie istnieje nic, co by mnie powstrzymało – dzisiaj przyszła mi do głowy tak jasna i oczywista myśl! W pierwszej chwili wydała mi się wręcz niedorzeczna – wprawiła mnie w oszołomienie i lekką histerię.
21.09.1806
Franz Op ma w pałacu orkiestrę.
23.09.1806
Po kilku dniach spędzonych na wyczerpujących dyskusjach w pałacowej jadalni, łaźni, sali balowej i teatralnej, zaprzyjaźniłem się nie tylko z Franzem Opem i Galwanim. Okazało się, że ordynat – poza fascynacją elektrycznością – projektuje także ekstrawaganckie kapelusze. Obok jego gabinetu mieści się pracownia modysty Cuu, sprowadzonego z Paryża do pomocy w konstruowaniu oszałamiających nakryć głowy. Cuu jest człowiekiem głęboko nieszczęśliwym. Można to nawet zmierzyć jego taśmą krawiecką, na której końcach przymocowane są małe szkiełka w kolorze krtani przepalonej tytoniem. Niezależnie od tego, jak często odwiedzam jego pracownię, to zawsze mam poczucie, że kompletnie ją przemeblował. Poza ścianą, na której eksponuje witraż. Użył do jego wykonania czterdziestu siedmiu odcieni zieleni. Cuu sam jest tylko odcieniem czegoś bardziej wyrazistego. Nie ma w nim dynamiki. Jego wysoka sylwetka jest drażniąco zmęczona. Ciało grymasi, a twarz składa się tylko z samego konturu. Wyrysowany jak projekt. Skóra Cuu mogłaby być papierem milimetrowym.
Prąd jest niezwykle pociągającym zjawiskiem, jednak od momentu, kiedy Cuu zrobił dla mnie kapelusz przypominający kształtem gruszkę, kapelusznictwo stało się zdecydowanie bardziej frapujące. Zwłaszcza, że nakrycie głowy roztacza zapach sadu i ma pewną niezwykłą właściwość.
– Dobrałem filc w taki sposób, by potrafił reagować na nastrój. W zależności od twojego humoru, materiał będzie miał inny odcień. – Relacjonował Cuu, wciskając przy tym kapelusz na moją głowę.
W swoim nowym odzieniu pokazałem się przy popołudniowej kawie Franzowi, a ten jak gdyby nigdy nic, zapytał skąd u mnie tyle złych myśli o psach.
– Skąd wiesz, że myślę o psach? – zapytałem z niedowierzaniem w głosie.
– Twój kapelusz właśnie mi o tym opowiedział. – Franz wydawał się przyzwyczajony do takich sytuacji i bez większego zdziwienia dodał, że Cuu zrobił już kapelusze, które przewidują pogodę i podpowiadają drogę, ale taki, czytający w myślach, wykonał po raz pierwszy.
– Opowiedz lepiej o przygodzie z psem. – Dodał Franz sprowadzając nas na ziemię.
Już jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że miejsce do którego trafiłem nie jest zwyczajne i absolutnie mi to nie przeszkadzało. Czułem się częścią ogromnego gabinetu osobliwości, w którym różnorodność gra pierwsze skrzypce. Dobrze mi z tym było.
– Twój pies Kajbuk porwał mi dziś rano nuty z fortepianu. Nie wiesz gdzie go szukać, żeby je odzyskać? – Zapytałem strapiony.
– Niegodziwiec, pewnie pobiegł z nimi do chóru czarownic. To kobiety, które stoją na mostku przerzuconym przez parkowy staw. Jesteśmy przyzwyczajeni do ich zawodzenia o nędzy i strachu. Ich popisowy utwór dzieli się na cztery głosy i wyraża oburzenie nad siostrami i matkami, które zamieniły spódnice na spodnie i ścięły włosy, by upodobnić się do mężczyzn. Każda kobieta, która przystępuje do zespołu musi mieć swój osobisty powód. Opisuje go na błękitnym kartoniku w dwóch zdaniach. Pozostałe czytają i decydują, czy powinna zostać przyjęta w szeregi chóru. Czarownice noszą też maski przypominające poprzednich mieszkańców miasta. Chciały być tymi, których już nie ma – królowymi, księżniczkami i subtelnymi damami dworu. Jednak z mojej perspektywy stały się tymi, których nigdy nie było. Jest między nimi kobieta stojąca zawsze z przodu grupy. Boi się śpiewać, więc otwiera tylko usta. Ma na imię Ter. Jej smutek organizuje życie całego zespołu, jest jego dyrygentem. Niestety przekupiły mojego psa. – Franz odwrócił się od okna i dotknął czubka własnego nosa. Często robił to nieświadomie, gdy opowiadał o smutku. – Musisz do nich pójść i poprosić o oddanie kompozycji. Ze mną nie będą rozmawiać. – Zakończył zrezygnowany.
Odłożyłem wycieczkę na kolejny dzień.
24.09.1806
Postanowiłem wyprawić się do parku wspólnie z Sile. Schodziliśmy z olbrzymiej góry, a wokół cały czas słychać było żałobne pieśni. Sile miała gęsią skórkę, ja odbierałam tylko kolor tych dźwięków. Materialna melancholia. Jak jesień, potrafi wibrować w pajęczych sieciach. Nie mając nic do powiedzenia, podlewać ziemię i czynić ją jeszcze bardziej grząską. Kapelusz, który noszę, drży i elegancko odchyla się raz w lewą, a raz w prawą stronę, jakby był na kursie tańca. Do tego słowa, które krążą wokół mnie, mają kształt figur geometrycznych. Układają się we wzory, makiety nowych miast i wizje postaci o różnych charakterach. Przystanęliśmy, by umyć dłonie w parkowej fontannie.
Uważam, że kiedy człowiek przestaje słyszeć szum wody, uderzenia kropli o kamienie, zgryzotę deszczu i raptowne kipienia ziemniaków, to odcina się od ostatniej muzyki świata. Siorbanie – również tak bardzo od wody uzależnione – nie znaczy wtedy nic poza tym, że doszło właśnie do drastycznego spotkania z wysoką temperaturą. Nawet mycie rąk przebiega po śladach mięśni, zamiast tworzyć miękkie dźwięki chlapania. Gdybym te słowa wypowiedział, to z pewnością w tonie mojego głosu zdałoby się słyszeć bulgotanie błota, bardziej posępne niż zwykle.
Byłem dziś przygnębiony niedolą liści spadających z kasztanów, które spotkaliśmy po drodze. Zza zakrętów cały czas dobiegał nas niepokojący skowyt i pomruki, a szelest wyschniętej trawy zdradzał, że wokół mnożą się zdenerwowane kroki.
– Witam drogie panie. – Zacząłem rozmowę z czarownicami przyjaźnie i nad wyraz konwencjonalnie. – Podobno mogę u was znaleźć mój rękopis z nutami? – Próbowałem przez to podkreślić, że inne rękopisy mnie nie interesują.
– Oczywiście, że mamy twoje nuty, jednak nie oddamy Ci ich, dopóki nie napiszesz dla nas kilku pieśni. Jeśli będą naprawdę dobre i rozsławią nasz chór, możemy zrobić dla ciebie wszystko,co zechcesz. Nawet spreparować tytuł książęcy. – Zakomunikowała mi Ter bez jakichkolwiek wstępnych czułości.
– Z przyjemnością. Wrócę za kilka dni z gotowym materiałem. – Tak właśnie powiedziałem i uśmiechnąłem się przesadnie. Kapelusz wysłał w eter kilka zdań o niebywałym talencie czarownic. Sile próbowała zachować kamienną twarz, ale nie na długo.
– Oszalałeś!? Wchodzisz w układ z przekupnymi kobietami? Nie lubię czarownic, które cały czas kręcą się wokół pałaców twoich przyjaciół. U Karla prawie ich nie zauważam, jednak te, które mieszkają w parku zamkowym pachną pokrzywami i stale plotkują. – Sile grzmiała jak nigdy.
– Zrobię im mały żart. Doskonale wiem, że czarownice nie znają się na muzyce – odpowiedziałem i rzuciłem Sile wiedźmowaty uśmiech.
Jakoś znajome mi było ich cierpienie. Zrozumiałem, że ich spuchnięte od płaczu policzki szukają rumieńca poklasku. Naiwne bestie. Stałem przed nimi, a wokół ścielił się dywan martwych myszy. Wrażliwość tych futerek była większa niż którejkolwiek z kobiet. Znały się tylko na kosztorysach, na zaklęciach i rabowaniu własności intelektualnej. Pojemniki z imionami. Gdy odchodziliśmy, słyszałem jak nawołują do zemsty. Takiej energii się boję.
26.09.1806
Piszę. Najtrudniej pisać źle. To dla mnie nowe doświadczenie. Taki szok. Z szokiem można się oswoić. Szok może się opatrzyć. A jeśli nie – to można nie patrzeć.
28.09.1806
Skończone. Przygotowałem kilka amatorskich pieśni o miłości i tęsknocie. Z rozanieloną twarzą wręczyłem je po obiedzie Ter. Zaproponowałem jej też pomoc w organizacji koncertu prawykonania oraz zadeklarowałem zaprosić znajomego krytyka muzycznego, aby jak najszybciej wysłać sławę czarownic w świat.
7.10.1806
W całym mieście wiszą już afisze z zaproszeniem na koncert pod tytułem „Pieśni modne i wygodne”.
10.10.1806
Publiczność zajęła niemal całą polanę przy zamkowym stawie. W pierwszym rzędzie posadzono włoskiego profesora Ado Vibro, który miał zrecenzować koncert. Bawię się wyśmienicie, ucierając nosa zarozumiałym czarownicom i kątem oka oglądam śmiejącego się do łez Franza. Nawet Karl przyjechał specjalnie na to wydarzenie.
Sile próbowała zachować koncertową powagę, ale z trudem powstrzymywała chichot. Czarownice zaprosiły koleżanki, które wraz z pierwszymi dźwiękami wyciągają z torebek chusteczki. Pociągają krzywymi nosami. Chórzystki w spazmach ciągną wers z tekstem: „Nie ma miłości bez zazdrości”.
Wiem, że ogłuszające brawa zapowiadają wojnę.
27.10.1806
Gromy i burze spadły dziś na miasto. W pałacu trwała właśnie pora kolacji, której spokój przerwały wyzwiska i obelgi dochodzące prosto z dziedzińca. Chór czarownic, niczym czarne wrony biegał i machał gazetami. Kobiety krzyczały jedna przez drugą:
– Historia muzyki nie jest w stanie udźwignąć takiej kakofonii!
– Głos paraliżuje uszy, a nawet oczy!
– Te pieśni ranią niczym kolce agawy!
Odłożyłem sztućce i wyszedłem z jadalni. Zmierzałem prosto w zawieruchę. Kiedy moje oczy spotkały się ze wzrokiem Ter, uprzedziłem każde jej słowo i powiedziałem:
– Księciem można stać się przez przypadek swego urodzenia. Tym, kim jestem ja, jestem wyłącznie dzięki sobie. Książąt były, są i będą tysiące – Beeth jest tylko jeden.
28.10.1806
Od czterech dni w mieście Jedendwadwapięć panuje niemałe zamieszanie, a wszystko przez niedopatrzenie czarodzieja Longina. Ten stuletni, chudy jak szkapa mag, zamiast dodać do mikstury upiększającej sproszkowaną pokrzywę, sięgnął po aronię. Efekt? Niemal wszystkie kobiety w mieście pokryły się ropnymi krostami od stóp do głów.
Nikt nie znał się na leczeniu skóry poranionej zaklęciami tak dobrze, jak Chór Czarownic z zamkowego parku. Niestety, jego członkinie strzegły receptur swoich eliksirów i nie udostępniały ich nikomu.
— Ter, prosimy, podziel się choć raz swoim magicznym kremem! — Błagały przewodniczącą Chóru mieszkanki Jedendwadwapięć.
Nieugięta w swych postanowieniach, kapryśna i małomówna Ter wzruszyła jedynie ramionami. W oczach sprzedawczyń, nauczycielek, spikerek, sprzątaczek, kucharek i wielu innych kobiet pojawiło się upokorzenie. Drapiąc pachy, kolana i czoła, wędrowały obolałe i bez nadziei parkową ścieżką.
— Lepiej nie złorzeczcie tak bardzo Chórowi Czarownic, bo przypadkiem spotka was to samo, co Marie Besnard — ostrzegał zza jałowca zamkowy ogrodnik, Niewiad.
— A jak, w takim razie, wyleczyć to dermatologiczne bombardowanie, drogi Niewiadzie? — zapytała ze smutkiem w głosie mała Bibi, która zdawała się najbardziej poszkodowana w tej wstydliwej sytuacji.
— Podstęp to broń geniuszy. Gruszki połóżcie na rany, a jedną zawieście wysoko na wierzbie — niech Ter ją ujrzy. Jednak strzeżcie się Chóru Czarownic. Ich
gniew jest nieposkromiony, a zaklęcia nie znają litości. Przez wiele tygodni nie zaznacie spokoju, ale nim furia opadnie, całe miasto będzie konać ze śmiechu. — Rzekł Niewiad, po czym zniknął w gęstwinie jałowca.
2.11.1806
Jeśli ktoś chciał się w Jedendwadwapięć zadomowić, nie mógł korzystać z tradycyjnych metod, bo te w ogóle nie miały znaczenia. Burgmistrz, wychodząc takim problemom naprzeciw, zaproponował radzie miejskiej projekt regulaminu, w którym jasno opisane zostały zasady tego, w jaki sposób następuje oswojenie miejskie.
— Każdy mieszkaniec Jedendwadwapięć ma prawo czuć się częścią naszej społeczności. Istnieje jednak podział na ludzi „oswojonych miejsko” i „nieoswojonych miejsko”. Kategorią pierwszą mogą określać się mieszkańcy, którzy posiadają w Jedendwadwapięć głębokie korzenie i potrafią to udowodnić, odbyli przynajmniej jedną podróż balonem nad miastem w celu objęcia go w całości wzrokiem oraz znaleźli czas, by wyprawić się do lodowej jaskini na skraju parku, która – moim zdaniem – jest symbolem czystych zamiarów i długowieczności – Burgmistrz deklamował wymyślony regulamin głosem w tonie samooklaskującym. Rada miasta zatwierdziła dokument, a do domów wszystkich mieszkańców została wysłana broszura informacyjna pod nazwą „Oswojony i nieoswojony. Regulamin postępowania dla mieszkańców gminy Jedendawdwapięć”.
Niewiad bał się, że szara koperta zawiera treści sądowe. Nie lubił administracyjnych szumów liter i pieczęci o jaskrawych kolorach. Po przeczytaniu gminnego listu, starannie go rozprasował, tak jak czasami rozprasowuje się smutki w szklance bimbru. Włożył papier pełen metafizycznej kontemplacji do ramki przeznaczonej na zdjęcia i postawił na stole kuchennym. Podczas kolacji, obramowana myśl Burgmistrza krążyła między talerzami wypełnionymi
kaszą i skwarkami. Bezlitosne okruchy chleba brudziły szybkę, pod którą rysował się pionierski tekst.
— Czyli co to jest, tak na chłopski rozum? – wymlaskał najmłodszy syn Niewiada, Karol.
—Pan Burgmistrz wynalazł brączydło o autchtonach, aeroturystyce i nie latowym lunaparku – wyjaśnił Niewiad.
12.11.1806
Nadszedł listopadowy hałas. Dla mieszkańców Jedendwadwapięć oznaczało to, że przez trzydzieści dni rytualny śmiech kontrastować będzie z duszącym zapachem kłaków, a domowe stoły nakryją się białymi źdźbłami, które jeszcze przed chwilą spełniały funkcję ochronną. Sterczące pióra wyrwane martwym ptakom ułożą się teraz pod spracowanymi dłońmi kobiet. Nie dla ulgi, lecz w imię aktu ślubowania. Każda, która wyjdzie w tym roku z ciepłą pierzyną, pójdzie na swoje. Spod skrzydeł matki gęsi, pod skrzydła pana. Na początku zawsze jest głaskanie perłowych, delikatnych łusek. Utulanie pod opuszkami. To gest przepraszający za to, że i w tym pokoleniu zmian nie będzie, że cuchnące łóżka nie do spania się zbija, a do krwawej uczty wyprawianej na oczach sąsiadek. Jęczą i śpiewają zawsze to samo, odraczają wyroki na czas wszechpojętego oporządzania. Drą pierze jak stare łachmany i buczą w trąby tradycji.
— Baba w progi, cisza w nogi! — Rzucił ktoś nagle ochrypłym i przepitym głosem, tocząc przez drzwi ciało spuchnięte jak pękata poduszka.
— Odsuń się od stołu, Mjoment. To nie jest miejsce dla ciebie! — Ter próbowała pokierować chłopa do wyjścia.
Młody mężczyzna odkołysał się, wywalił wilczy język i spojrzał na Łosiankę.
— Rób, rób mała, bo pierzyna nie brama. Nie do ucieczki, a do życiowej biedeczki— Mjoment splunął w stronę pieca i wyszedł.
— Dlaczego, każdego roku, jakiś pijany jegomość musi dodać swój komentarz do naszej ceremonii? — wzburzyła się Łosianka.
Czarownice pozostawiły najmłodszą czarownicę bez odpowiedzi. Skubały zręcznie przyszłość dla córek. Cisza odstraszała i blokowała ruchy.
— Piórko po piórku, na stole, na stole. Upchamy razem dole, niedole. Piórku po piórku, zapełnisz wnet morze. Założysz do ślubu czarną obrożę — zaintonowała po chwili Ter.
13.11.1806
Snuję się wokół domu czarownic. Wiem, że tego wieczoru Łosianka nie zabierała już głosu. Obserwowała tylko migocące opuszki palców starszych czarownic, a obmacywanie pierza uważała za wstrętne. Nie lubiła jego struktury, która pod wpływem ciepła kleiła się do skóry. Zastanawiało ją, co w tym wieczorze zawadza jej najbardziej – sadza gryząca gardło, smród tłustych włosów pod chustami czy zrogowaciałe pięty owinięte w gałgany. Z powodu siedzenia przez kila godzin w jednej pozycji drętwiały jej nogi, brzuch wzdymał się od wypitego wina i nic nie zapowiadało regeneracji. W „Pokoju Zmartwień” wzrastała temperatura.
— Donieś drewna – prosił głos przy kominku. Wstała i na chwilę zostawiła klaustrofobię za drzwiami. Zwymiotowała. Północ niebawem miała ją doprowadzić do szału.
Jako społeczny aktor, Łosianka drwiła z magii prawideł ustalonych przez Ter. Nie mogła się jednak im przeciwstawić, bo jako sierota potrzebowała opieki.
Słuchała więc poleceń i powoli – najwolniej w całym roku – wnosiła drewno do wspólnej izby.
Ter zsuwała gryząca suknię i skóra znów miała czas na odgniecenie się do naturalnych kształtów. Ciała czarownic sunęły po klepisku. Z każdym kolejnym ruchem przypominały pałki w makutrze. Ucierały brązowy wstyd pod stopami jak ciasto piernikowe. Odwodnione naskórki wpadały do resztek jedzenia, włosy kłębiły się w kątach. Do misy pełnej gorącej wod kobiety wrzuciły nasiona słonecznika, kępy suszonej pokrzywy i mięty. Sypały sól. Rozgniatały czosnek. Noc z dwudziestego drugiego na dwudziestego trzeciego listopada nazywana była „Dangą”, ponieważ według tradycji ostatnich pokoleń, to właśnie tej nocy tęcza traciła kolor i stawała się biała. Po letnim świetle słonecznym rozszczepionym wśród kropli deszczu, miała zostać tylko mglista gloria.
Łosianka weszła do rytualnej kąpieli ostatnia. Wodą o teksturze rozrzedzonego białka kurzego zmywała z siebie jedną i tę samą tęsknotę. Piersi zwisały nad bezpańsko i były zdecydowanie mniejsze od kropel łez spadających nad udami.
14.11.1806
Podglądam ciekawą scenę. Staroświecka zasada zamiatania podłóg przed Narodzeniem Pańskim spowodowała, że dziennikarka poczytnej prasy „Nowości Nieznane” nie mogła w Jedendwadwapięć nikogo i niczego znaleźć. Krajobraz zasłaniały tumany kurzu. Wizerunek miasta bardzo na tym ucierpiał, bo chociaż ulice przystrojono w świątecznym duchu sosnowymi wiankami z szyszkami i jarzębiną, to dziennikarski notatnik zapełniał się tylko informacjami o pyle, brudzie, smrodzie i braku miejsca do spania.
– Orientuje się pan, gdzie znajdę miejskie czarownice? – W poszukiwaniu odpowiedzi dziennikarka zaczepiała mieszkańców, a raczej postaci owinięte szmatami i broniące się przed zapyleniem.A jest pani z nimi umówiona? Jeśli nie, to odprawią panią z kwitkiem – Wyjaśnił ostatni spotkany tego dnia przechodzień.
-Tak, nazywam się Jotjotka i ustalałam z czarownicami, że udzielą mi wywiadu na temat świątecznych tradycji piernikarskich oraz wędzarniczych – Dziennikarka w ogromnym skrócie przedstawiła powód swojego przyjazdu.
– Całe szczęście, że w końcu ktoś o tym napisze. Nazywam się Niewiad i chętnie panią zaprowadzę do celu – Wyraźnie ucieszony starszy człowiek wziął Jotjotkę pod ramię i prowadził parkową ścieżką. Musiał po drodze zabawiać kobietę historiami o powstaniu miasta, zamku i parku, bo trzepotała ze strachu.
– Czego się pani tak właściwie boi, jeśli wolno zapytać? – Niewiad tracił cierpliwość i dość miał podnoszenia kartek wylatujących z drżących rąk.
– Powiedziano mi przed przyjazdem tutaj, że te kobiety nie lubią złej prasy i są bardzo mściwe – wyjąkała pod nosem Jotjotka.
– Proszę się nie martwić, ironia panią uratuje. Czarownice mają kwadratowe poczucie dwuznaczności – Niewiad przytulił Jotjotkę na pocieszenie i zostawił przed drzwiami oblepionymi mchem.
Jotjotka przez chwile słuchała, o czym rozmawiają chrypiące głosy. Włosy zjeżyły się jej na plecach, a szyja unieruchomiła. Klamki nie było, zapukała zziębniętą pięścią. Czyjś tyłek znalazł się przez chwilę między skrzypiącą deską udającą drzwi, a pomieszczeniem pełnym farbowanych głów.
– Dobry wieczór, słyszałam, że tutaj mieszkają najlepsze kucharki w mieście i zdobywczynie „Zatopionej Perły” za wybitne przygotowanie wędzonych warzyw – Jotjotka rzuciła na przywitanie kilkoma faktami.
– Tak – odpowiedziała zwięźle Ter. – Wyczerpana? – Dodała gospodyni.
– Nie bardziej niż pani powitanie – Skwitowała dziennikarka i postawiła stopę na progu największego teatru, jaki przyszło jej do tej pory zobaczyć.
15.11.1806
Od rana w powietrzu unosi się zapach mokrego drewna. Franz twierdzi, że to znak, iż czarownice szykują coś nowego. Sile siedzi przy oknie i patrzy, jak mgła zjada kontury drzew.
– Mgła jest jak człowiek – mówi. – Najpierw zasłania, potem znika.
Nie wiem, czy mówi do mnie, czy do siebie. Kajbuk kręci się po dziedzińcu. Od zawsze uważał, że jest kimś wyjątkowym. Nie dlatego, że ktoś mu to powiedział. Po prostu pewnego dnia spojrzał w swoje odbicie w misce z wodą i pomyślał: „Ten pies wygląda jak geniusz.” A że Kajbuk wierzył każdej swojej myśli — nawet tym, które trwały pół sekundy — postanowił zostać muzykiem. Wszystko zaczęło się pewnego popołudnia, kiedy grałem na fortepianie w salonie Franza.
Kajbuk wszedł, usiadł naprzeciwko i patrzył, jak poruszam palcami po klawiszach. Tkwił tak bardzo długo. Na tyle długo, że Franz zaczął się zastanawiać, czy pies nie zasnął z otwartymi oczami. Ale nie. Kajbuk myślał. Podejrzewam, że jego myśli brzmiały mniej więcej tak: „Skoro on może, to ja też.”
I wtedy się zaczęło. Najpierw próbował fortepianu. Wskoczył na stołek, poślizgnął się, spadł, uderzył łapą w klawisze i wydał dźwięk, który brzmiał jak jęk starej szafy. Spojrzałem na niego z politowaniem.
– To nie jest instrument dla ciebie – powiedziałem
Kajbuk chyba uznał to za wyzwanie i spróbował skrzypiec. Wziął smyczek do pyska, pociągnął nim po strunach i wydał dźwięk, który sprawił, że trzy czarownice w parku upuściły swoje maski. Sile weszła do pokoju, spojrzała na psa i powiedziała:
– On nie gra. On torturuje powietrze.
Kajbuk uznał to za komplement i spróbował bębna. To mu się spodobało, bo bęben był głośny. A Kajbuk lubił hałas. Jedyny problem polegał na tym, że bęben nie lubił Kajbuka. Po trzech minutach intensywnego „koncertu” pękła membrana, a pies
wpadł do środka jak do pustego garnka. Franz musiał go wyciągać za ogon. I wtedy zobaczył ją – trąbkę. Złotą i lśniącą. Idealną do robienia wrażenia. Kajbuk podszedł do niej powoli, jak pies, który udaje, że zna się na instrumentach dętych. Wziął ustnik do pyska. Nadmuchał policzki jak balony. I dmuchnął. Dźwięk, który powstał, był… trudny do opisania. Brzmiał jak gęś, która próbuje śpiewać operę. Podskoczyłem z przerażenia
– Na litość boską! – krzyknąłem – To nie jest muzyka!
Kajbuk spojrzał na mnie z dumą psa, który właśnie wynalazł nowy gatunek dźwięku.
16.11.1806
Pies nadal wydaje dźwięki, które uważa za muzykę. Próbuje komponować, ale za każdym razem, gdy zaczynam, Kajbuk wbiega do pokoju z trąbką i dmucha, jakby chciał ogłosić koniec świata. Sile – patrząc ostatnio na nas obu, powiedziała:
– Jeden głuchnie, drugi ogłusza. Idealna para.
Franz uznał, że to „zdrowa rywalizacja artystyczna”. Cuu skwitował, że to „atak na estetykę”. A czarownice? Czarownice zaczęły zapraszać Kajbuka na próby, bo jego trąbienie/trapienie idealnie pasowało do ich zawodzenia. Hrabia ogłosił dziś nowinę:
– Zrobimy konkurs. Beeth kontra Kajbuk. Kto zagra lepiej, ten dostanie tort.
Kajbuk natychmiast zaczął merdać ogonem. Westchnąłem Publiczność po raz kolejny zebrała się na polanie. Czarownice przyszły w pełnym składzie. Niewiad przyniósł gruszki „na szczęście albo na nieszczęście”. Łosianka usiadła na drzewie, żeby mieć lepszy widok. Zagrałem pierwszy. Najciszej, jak tylko potrafiłem. A potem wszedł Kajbuk. Stanął na środku polany, wziął trąbkę i nadmuchał policzki. Stało się, dźwięk był tak potężny, że trzy czarownice przewróciły się na plecy. Sile zamknęła
oczy i powiedziała:
– To nie jest muzyka. To jest katastrofa akustyczna.
Franz ogłosił, że tort trafia w łapy psa, bo jego występ był niezapomniany. Pogratulowałem kundlowi.– Łuuuu! – odpowiedział Kajbuk, bo tak brzmiało jego „dziękuję”.
I tak pies, który nie miał talentu, słuchu ani pojęcia o muzyce, został zwycięzcą konkursu, boo w Jedendwadwapięć liczy się nie to, czy grasz dobrze. Liczy się, czy grasz z przekonaniem, a Kajbuk grał z przekonaniem absolutnym.
17.11.1806
Galvani zaprosił mnie na kolejną sesję z prądem.
– To nie boli – zapewniał.
Oczywiście, że bolało. Ale ból jest czasem jedynym dowodem, że jeszcze coś słyszę. Sile stała w kącie i patrzyła, jakby chciała mnie zatrzymać, ale nie miała odwagi.
19.11.1806
Dziś nic. Czasem dzień jest tylko dniem.
20.11.1806
Sile mówi, że moje myśli są zbyt głośne.
– Gdybyś mógł je wyciszyć, słyszałbyś więcej – twierdzi.
Nie wiem, jak wyciszyć własną głowę.
21.11.1806
W parku pojawiły się nowe afisze:
„Danga – noc białej tęczy. Wstęp wolny.”
Czarownice lubią robić z tragedii festyn.
22.11.1806
„Danga”. Widziałem, jak kobiety zanurzają się w wodzie, jakby chciały zmyć z siebie całe życie. Łosianka płakała, ale nikt nie zwrócił uwagi. W Jedendwadwapięć łzy są jak kurz — wszędzie, ale nikt ich nie zauważa.
23.11.1806
Sile nie spała całą noc.
– Dźwięki są dziś ostre – powiedziała. – Jakby ktoś rysował nimi po szkle.
Może to ja.
24.11.1806
Cuu przyszedł do mnie późnym popołudniem, kiedy światło w pałacu miało kolor starego miodu. Niósł w rękach pudełko obciągnięte zielonym suknem.
Wyglądał, jakby trzymał w nim czyjeś serce.
– To najtrudniejsza rzecz, jaką zrobiłem – powiedział, zanim jeszcze zdjął wieko.
Cuu nigdy nie mówił takich rzeczy, bo przeważnie narzekał na zbyt dużą ilość pracy. Zwykle jego zdania były krótkie, jakby każde słowo kosztowało go kroplę krwi. Twierdził, że należy wyrażać się celnie i szybko puentować. Tym razem jednak w jego głosie było coś miękkiego, jakby bał się, że kapelusz go usłyszy. Kiedy otworzył pudełko, zobaczyłem nakrycie głowy, które nie przypominało niczego, co dotąd stworzył. Nie było ekstrawaganckie, nie miało piór, wstążek, ani nawet charakterystycznych dla Cuu geometrycznych cięć. Było proste. Może zbyt proste. Filc miał kolor popiołu — nie szarego, ale takiego, który zostaje po spaleniu czegoś ważnego. Kształt przypominał odwróconą misę, ale nie ciężką — raczej taką, która mogłaby unosić się nad ziemią, gdyby ktoś jej nie przytrzymał.
– Ten kapelusz… – zaczął Cuu, ale przerwał, jakby szukał właściwego słowa. – On nie ozdabia. On odsłania.
– Co odsłania? – zapytałem.
– Prawdę – odparł. – Ale nie taką, którą się mówi. Tę, którą się ukrywa.
Wsunął kapelusz na moją głowę z ostrożnością, jakby bał się, że mnie zrani. I może miał rację. W chwili, gdy filc dotknął moich skroni, poczułem coś, czego nie potrafię nazwać. To nie był ból ani chłód. Nie ciepło. Raczej… odsłonięcie. Jakby ktoś zdjął ze mnie warstwę skóry, której istnienia nie byłem świadomy.
Cuu cofnął się o krok i spojrzał na mnie z uwagą, której nigdy wcześniej u niego nie widziałem.
– Powiedz coś – poprosił.
Chciałem powiedzieć, że kapelusz jest wygodny i piękny, alele z moich ust wyszło:
– Boję się, że nigdy już nie usłyszę muzyki.
Cuu skinął głową, jakby właśnie tego się spodziewał.
– On nie pozwala kłamać – powiedział. – Ani sobie, ani innym.
Wtedy do pokoju wszedł Franz. Zatrzymał się w progu, spojrzał na mnie i roześmiał się krótko, nerwowo.
– Wstyd Ci za ten wybryk z pieśniami dla czarownic? – zapytał.
Zamarłem.
– Skąd wiesz, że o tym myślę?
Franz wskazał kapelusz.
– On mi o tym powiedział.
Zrozumiałem, że kapelusz nie tylko zmienia kolor, gdy ktoś kłamie. On mówi. Nie słowami — ale odcieniami, drganiami, mikroskopijnymi ruchami filcu, które tylko ktoś wrażliwy potrafił odczytać. Franz był wrażliwy. A ja byłem nagi. Kapelusz drżał na mojej głowie jak żywe stworzenie. Czułem, że zna wszystkie moje myśli — te, które wypowiedziałem, i te, których nigdy nie odważyłem się nazwać.
– Zdejmij go – powiedział Cuu łagodnie. – Prawda jest ciężka. Nie każdy potrafi ją nosić długo.
Ale ja nie posłuchałem Bo po raz pierwszy od dawna czułem, że coś mówi do mnie wyraźniej niż świat.
25.11.1806
Dziś tylko jedno słowo: zmęczenie.
26.11.1806
Niewiad przyniósł mi gruszkę.
– Na szczęście – powiedział. – Albo na nieszczęście.
W Jedendwadwapięć to właściwie to samo. Usiadł obok mnie na ławce, jakby miał zamiar opowiedzieć historię, którą nosił w sobie od dawna, ale nigdy nie znalazł odpowiedniego słuchacza. A może odpowiedniej ciszy.
– Wiesz, Beeth – zaczął, obracając gruszkę w dłoniach – ja kiedyś byłem sławny. W mojej rodzinie, oczywiście. Ale sławny.
Spojrzałem na niego z zaciekawieniem. Niewiad rzadko mówił o sobie. Był jak stary pień drzewa — pełen słojów, ale niechętny, by je pokazywać.
– Przez dwadzieścia lat robiłem powidła – powiedział z dumą. – Ale nie takie zwykłe. Moje powidła miały smak… jakby ktoś zamknął w nich całe lato, a potem dodał odrobinę jesiennego smutku. Ludzie mówili, że po jednej łyżce można się zakochać, a po dwóch – zapomnieć o wszystkich krzywdach. Zamilkł na chwilę, jakby wspomnienie miało smak, który trzeba powoli przeżuć.
– Pracowałem nad przepisem latami. Najpierw gotowałem śliwki w miedzianym garnku, potem dodawałem przyprawy, które sam suszyłem na strychu. A na końcu… – tu jego głos przycichł – na końcu dodawałem składnik, którego nikt nie znał.
– Jaki? – zapytałem.
Niewiad uśmiechnął się chytrze.
– Łzę. Jedną. Ale nie byle jaką. Musiała to być łza wzruszenia. Ani smutku, ani radości. Tylko wzruszenia. Najtrudniejsza do zdobycia.
Zrozumiałem, że to nie był przepis. To było zaklęcie.
– Pewnego dnia – ciągnął Niewiad – czarownice przyszły do mnie z koszem pokrzyw i udawały, że chcą kupić powidła na zimę. A ja, głupi, dałem im spróbować. Jedna łyżeczka. Jedna! I już wiedziały, że to coś więcej niż śliwki. Westchnął ciężko.
– Ter spojrzała na mnie tym swoim okiem, co widzi więcej niż powinno. I powiedziała: „Niewiad, oddaj przepis. To dla dobra miasta.” A ja na to: „Nie oddam. To moje życie.” No i wtedy… – tu zrobił dramatyczną pauzę – ukradły mi go.
– Jak? – zapytałem.
– Ano tak, jak kradną wszystko. Zaklęciem. W nocy przyszły pod mój dom, zaczęły śpiewać tę swoją pieśń o nędzy i strachu, a ja zasnąłem jak kamień. Rano przepis zniknął. A tydzień później na targu sprzedawały swoje powidła. Moje powidła. Tylko że bez łzy. Więc były dobre, ale nie miały duszy. W jego głosie było więcej żalu niż gniewu.
– Ale ja nie jestem z tych, co siedzą cicho – powiedział, prostując się dumnie. – Zemściłem się. O tak.
– Co zrobiłeś?
Niewiad uśmiechnął się jak ktoś, kto właśnie zdradza sekret, który trzymał w kieszeni przez pół życia.
– W nocy, kiedy czarownice spały po tej swojej dangowej kąpieli, poszedłem do ich spiżarni. Wziąłem wszystkie słoiki z powidłami, a potem… – tu jego oczy zabłysły – zamieniłem im etykiety.
– Etykiety?
– Tak! Na każdej napisałem coś innego. „Powidła na miłość.” „Powidła na płodność.” „Powidła na urodę.” „Powidła na bogactwo.” A w środku były zwykłe śliwki.
Zaśmiał się cicho.
– I wiesz, co się stało?
– Co?
– Całe miasto oszalało. Jedna kobieta jadła powidła na urodę i twierdziła, że jej włosy rosną szybciej. Druga wcierała powidła na bogactwo w drzwi od spiżarni. Trzecia smarowała nimi męża, żeby był bardziej czuły. A czarownice? Czarownice
nie mogły zrozumieć, dlaczego ich magia nie działa.
– I co zrobiły?
– Nic. Bo nie mogły przyznać się, że nie wiedzą, co jest w ich własnych słoikach. Duma im nie pozwoliła. A ja – tu wzruszył ramionami – ja miałem spokój. I satysfakcję.
Spojrzał na gruszkę, którą mi dał.
– Dlatego mówię: na szczęście albo na nieszczęście. W tym mieście wszystko zależy od etykiety.
Podał mi owoc.
– A ta gruszka? – zapytałem.
– Ta jest prawdziwa – odparł. – Jedna z niewielu rzeczy, które jeszcze są.
27.11.1806
Słyszę coraz mniej. Ale widzę coraz więcej. Czy to możliwe, że zmysły handlują między sobą?
28.11.1806
Czarownice znów śpiewają. Ich głosy przypominają mi rozciągnięte nici pajęczyn — cienkie, ale niebezpieczne.
29.11.1806
Karl napisał list.
„Kiedy wrócisz?”
Nie wiem. Może nigdy.
30.11.1806
Sile zniknęła na kilka godzin, a kiedy wróciła, była spokojniejsza niż zwykle.
– Byłam tam, gdzie nic nie słychać – powiedziała. – To najlepsze miejsce na świecie.
1.12.1806
Pierwszy śnieg. Cisza, która spada z nieba.
2.12.1806
Galvani twierdzi, że mój słuch można jeszcze uratować. Jednak Sile uważa, że nie trzeba. Nie wiem, komu wierzyć. Słynny Galvani przyszedł do mnie tego ranka z miną człowieka, który właśnie odkrył nowy kontynent, ale boi się, że nikt mu nie uwierzy. W dłoniach trzymał drewniane pudełko, a jego palce drżały nie z zimna, lecz z ekscytacji.
– Beeth, dziś spróbujemy czegoś nowego – oznajmił tonem, który nie znosił sprzeciwu.
Sile siedziała w rogu pokoju, oparta o ścianę i patrzyła na nas z tym swoim spokojem, który potrafił być bardziej niepokojący niż krzyk. Galvani otworzył pudełko. W środku leżały metalowe pręciki, cienkie jak igły, oraz mała miedziana skrzynka z korbką.
– To jest auricularis reanimator – powiedział z dumą. – Urządzenie, które potrafi obudzić uśpione nerwy. Prąd jest jak posłaniec. Jeśli wyślemy go w odpowiednie miejsce, może przekazać wiadomość twoim uszom.
– A jeśli nie? – zapytałem.
– Wtedy, no cóz…– Galvani zawahał się. – Wtedy nic się nie stanie. Albo stanie się coś innego.
Sile westchnęła.
– Prąd nie budzi tego, co nie śpi – powiedziała. – On tylko miesza to, co już jest pomieszane.
Galvani spojrzał na nią z irytacją.
– Pani nie rozumie nauki.
– A pan nie rozumie ciszy – odparła.
Usiadłem na krześle, a Galvani przyłożył metalowe pręciki do moich skroni, za uszami, na karku. Czułem się jak instrument, który ktoś stroi bez pytania.
– Gotowy? – zapytał.
Nie byłem, ale skinąłem głową. Galvani zakręcił korbką. I wtedy poczułem lekkie mrowienie, które stopniowo ogrzewało moje ciało. A potem coś, co przypominało błyskawicę zamkniętą w mojej czaszce. Świat na chwilę rozjaśnił się od środka, dokładnie tak jakby ktoś zapalił świecę w moim uchu. Usłyszałem coś. Ni to dźwięk, ni to głos. Raczej wspomnienie dźwięku, takie echo czegoś, co kiedyś było muzyką. Galvani krzyknął z triumfem:
– Widzisz! Działa! Twoje nerwy reagują!
Sile podeszła wtedy do mnie i położyła dłoń na moim ramieniu.
– To nie jest powrót słuchu – powiedziała cicho. – To tylko hałas, który udaje nadzieję.
Galvani spojrzał na nią z pogardą.
– Pani jest przeciwko postępowi.
– Nie – odparła. – Jestem przeciwko złudzeniom.
3.12.1806
Dziś tylko kilka słów: świat jest zbyt głośny.
4.12.1806
Franz zorganizował bal. Tańczyłem, choć nie słyszałem muzyki. Może właśnie dlatego tańczyło mi się najlepiej. Zabrzmi to śmiesznie, ale bal u Franza był jak sen, który ktoś wymyślił po kilku kieliszkach wina i garści melancholii. Światła odbijały się w kryształach tak intensywnie, że wyglądały jak rozbite gwiazdy. Orkiestra grała coś żywego, ale ja słyszałem tylko echo — jakby muzyka docierała do mnie przez grubą warstwę śniegu. Tańczyłem mimo to, wirowałem i tęskniłem za odgłosem wozów drabiniastych, konewek odstawianych w kuchni i szmerem pompowanej wody. Moje ciało pamiętało rytm, którego moje uszy już nie znały. Słuch żegnał się ze mną w każdej sekundzie. Sile stała przy ścianie, oparta o kolumnę. Patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto próbuje złapać motyla, choć nie widzi jego skrzydeł. Kiedy podszedłem do niej, podała mi dłoń. Jej palce były chłodne, ale nie zimne — jak porcelana, która dopiero co przestała drżeć.
– Nie słyszysz muzyki – powiedziała. – A jednak tańczysz.
– Może muzyka jest we mnie – odpowiedziałem.
– Nie – odparła. – To cisza cię prowadzi.
I wtedy zrozumiałem, że jej kroki są idealnie zsynchronizowane z moimi. Nie dlatego, że słyszała orkiestrę. Ale dlatego, że słyszała mnie. Tańczyliśmy tak długo, aż światła zaczęły gasnąć, a ludzie zamienili się w rozmazane plamy. W ciszy, która była bardziej muzyką niż sama muzyka.
5.12.1806
Sile siedziała obok mnie i patrzyła, jak gram na fortepianie.
– Twoje dłonie pamiętają więcej niż twoje uszy – powiedziała.
Może ma rację.
6.12.1806
Cuu pokazał mi kapelusz, który zmienia kolor, gdy ktoś kłamie. Przy mnie był cały czas szary.
7.12.1806
Dziś nic. Czasem nic jest wszystkim.
8.12.1806
Chodziłem dziś po parku w deszczu. Spotkałem kilkoro znajomych. W tym najmłodszą z czarownic – Łosiankę. Niestety jej młodość nie ma w sobie nic z lekkości. Jest jak gałązka, która powinna dopiero wypuszczać liście, a dźwiga ciężar całego drzewa. Jej oczy mają kolor niedojrzałych orzechów — zielone, ale z cieniem brązu, jakby ktoś wlał w nie jesień, zanim zdążyła poznać lato. Dziwiło mnie, że kiedy inne czarownice śpiewały, Łosianka tylko poruszała ustami. Wydaje mi się, że nie dlatego, że się bała — ale dlatego, że nie chciała, by jej głos stał się częścią czegoś, co ją więziło. W „Pokoju Zmartwień” zawsze siadała najbliżej drzwi. Nie po to, by uciec — ale po to, by pamiętać, że może. Podczas „Dangi”, kiedy kobiety zanurzały się w wodzie, Łosianka weszła ostatnia. Podobna opowiadała Niewiadowi, że woda otuliła ją jak obcy dotyk. Jej ciało drżało, ale nie z zimna, lecz z buntu. Zrozumiała wtedy, że tradycja, którą karmiono ją od dziecka, nie była niczym innym jak starą pajęczyną, w którą wplątano jej imię. Kiedy uciekła, zrobiła to bez krzyku, bez pożegnania, bez dramatycznego gestu. Zostawiła tylko kartkę: „Nie chcę być białą tęczą.” To było jej pierwsze i ostatnie zaklęcie w życiu.
9.12.1806
Ogród nocą był jak labirynt utkany z cieni. Drzewa stały nieruchomo, jakby ktoś zaklinał je w bezruchu. Zawstydzony śnieg skrzypiał pod stopami, ale ja tego nie słyszałem — widziałem tylko, jak drobne kryształki drgają przy każdym moim kroku. Usiadłem na marmurowej ławce. Czułem, jak świat oddala się ode mnie, jakby ktoś powoli wykręcał gałkę głośności. Zostało tylko bicie serca — i to też jakby z oddali. W takim stanie znalazła mnie Sile. Nie przyszła szybko.
– Beeth – powiedziała cicho, choć nie musiała.
Jej głos nie był dźwiękiem. Był obecnością. Usiadła obok mnie. Ta bliskość
była jak ciepło świecy, które czuje się, zanim zobaczy się płomień.
– Boję się – powiedziałem. – Że wszystko zniknie.
– Nic nie znika – odparła. – Zmienia tylko formę.
– A ty? Kim jesteś?
Uśmiechnęła się. Jej twarz była spokojna, jakby znała odpowiedź od zawsze.
– Jestem tym, co zostaje, kiedy dźwięk odchodzi.
Spojrzałem na nią.
Po raz pierwszy widziałem ją naprawdę. Dokładnie tak jak powinienem. Była ciszą, ale nie jest pustką.
– Przyszedłem tu, bo chciałem usłyszeć świat – powiedziałem.
– A usłyszałeś siebie – odpowiedziała.
I wtedy zrozumiałem, że nie tracę słuchu. Stracę tylko hałas.
11.12.1806
Łosianka przyszła do pałacu późnym popołudniem, kiedy światło miało kolor rozcieńczonego miodu. Wyglądała na zmęczoną — nie fizycznie, ale tak, jakby ktoś od lat nosił ją w kieszeni i zapomniał wyjąć przed praniem. Włosy miała splątane, dłonie drżały, a w oczach odbijała się mgła, która nie chciała opaść.
– Uciekłam – powiedziała. – Od Ter, od pierza, od tradycji.
Franz spojrzał na nią z troską, której nie okazywał prawie nikomu.
– Zostań u nas – zaproponował. – Cuu zawsze potrzebuje rąk do pracy.
Cuu, który akurat przechodził korytarzem, zatrzymał się i spojrzał na Łosiankę tak, jak patrzy się na nowy kolor, którego jeszcze nie wymyślono, ale już wiadomo, że będzie piękny.
– Chodź – powiedział. – Pokażę ci pracownię.
Pracownia znajdowała się na końcu długiego korytarza, za drzwiami obitymi zielonym aksamitem. Kiedy Cuu je otworzył, Łosianka poczuła, jakby weszła do wnętrza czyjegoś snu. W środku panował półmrok, ale nie ciemność — raczej światło, które nie chciało się narzucać. Witraż na ścianie, złożony z czterdziestu siedmiu odcieni zieleni, rzucał na podłogę plamy barw, które przesuwały się powoli, jakby miały własny rytm oddechu. W powietrzu unosił się zapach filcu, lawendy i czegoś jeszcze — czegoś, co przypominało świeżo otwartą książkę.
Stoły były zasypane rulonami materiałów, piórami w kolorach, których nie da się nazwać, igłami wbitymi w poduszeczki jak w miniaturowe jeże, a także szkicami kapeluszy, które wyglądały jak architektura z innego świata. Na jednym z manekinów wisiał kapelusz przypominający odwróconą łódkę. Na innym coś, co wyglądało jak skrzydło motyla, które postanowiło zostać nakryciem głowy. Łosianka stała w progu, niepewna, czy może wejść.
– Tu nic nie jest zwyczajne – powiedział Cuu, jakby czytał jej w myślach. – I ty też nie musisz być.
Cuu podszedł do jednego z blatów i wziął do ręki kawałek filcu.
– Widzisz to? – zapytał. – To nie jest materiał. To jest nastrój. Filc pamięta dotyk. Pamięta emocje. Jeśli jesteś smutna, kapelusz będzie ciężki, a jeśli jesteś zła, będzie ostry. Jeśli jesteś wolna… – tu spojrzał na nią uważnie – będzie lekki jak powietrze.
Łosianka przełknęła ślinę.
– Ja nie wiem, jaka jestem – wyszeptała.
– To dobrze – odparł Cuu. – Kapelusze lubią ludzi, którzy jeszcze się nie zdecydowali.
Cuu podał jej nożyczki.
– Przetnij to – powiedział, wskazując na pas materiału.
– A jeśli zepsuję?
– To znaczy, że zaczęłaś – uśmiechnął się.
Łosianka wzięła nożyczki. Jej dłonie drżały, ale materiał był miękki, ustępował pod ostrzem jak masło. Kiedy przecięła go na pół, w powietrzu uniósł się delikatny zapach — jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.
– Widzisz? – powiedział Cuu. – Już tworzysz.
Łosianka poczuła lekkość, która była dla niej do tej pory dość zawiłą sprawą. Ktoś właśnie zdjął z jej ramion ciężar pierza, tradycji i smutku. Od tego dnia Łosianka przychodziła do pracowni codziennie. Czasem tylko siedziała i patrzyła, jak Cuu pracuje. Niekiedy pomagała mu nawlekać nici, a chwilami układała pióra według kolorów, choć nikt nie wiedział, czy robi to dobrze, bo pióra zmieniały barwy w zależności od nastroju. Cuu nigdy jej nie poprawiał.
– W tej pracowni nie ma błędów – mówił. – Są tylko inne wersje tego samego pomysłu.
Łosianka zaczęła się uśmiechać. Najpierw nieśmiało. Potem częściej. Aż w końcu jej uśmiech stał się częścią pracowni — jak kolejny odcień zieleni na witrażu.
12.12.1806
Sile usiadła obok mnie na łóżku.
– Wiesz, kim jestem? – zapytała.
Nie odpowiedziałem. Bałem się, że znam odpowiedź. Przemilczeliśmy to. Jej twarz była blada, a oczy miały w sobie cień, którego wcześniej nie widziałem.
– Chcę ci coś opowiedzieć – powiedziała. – O tym, co wydarzyło się dziś w parku. O Ter. O Łosiance.
Mówiła powoli, jakby każde słowo było odłamkiem szkła.
– Spotkałam je przy mostku – zaczęła. – Czarownice ćwiczyły swoje zawodzenie. To ich codzienny rytuał. Wiesz, jak to wygląda: stoją w półkolu, jakby
pilnowały własnego smutku, żeby im nie uciekł. Zacisnęła dłonie.
– Ter była wściekła. Widziałam to od razu. Jej twarz była napięta jak skóra na bębnie. A Łosianka… – tu głos Sile zadrżał – Łosianka stała obok, skulona, jakby próbowała zmniejszyć się do rozmiaru własnego cienia.
Zamilkła na chwilę, jakby musiała zebrać siły.
13.12.1806
Galvani próbował ostatniej terapii. Prąd przeszedł przez moje ciało jak błyskawica.A potem — nic. Cisza.
Cisza tak głęboka, że aż jasna.
14.12.1806
Dziś w pałacowej bibliotece spotkałem Bubiego — syna Franza. Nie wiedziałem, że wrócił. Siedział w fotelu pod oknem, z nogami zarzuconymi na poręcz, jakby próbował udowodnić, że grawitacja jest tylko sugestią, a nie prawem natury. Bubi zawsze miał w sobie coś z ptaka – trochę lekkomyślności i trochę piór na głowie. Ale dziś wyglądał inaczej. Jakby przywiózł ze sobą cały świat, a jednocześnie nie wiedział, co z nim zrobić.
– Beeth! – krzyknął, zanim zdążyłem się odezwać. – Ojciec pisał, że pojawiłeś się w pałacu. Pół Europy o Tobie mówi! – To było jego powitanie.
Bubi właśnie wrócił z wielkiej wyprawy po Europie. Franz wysłał go tam „żeby nabrał ogłady”, ale Bubi wrócił z czymś zupełnie innym: z torbą pełną dziwactw, które tylko on mógł uznać za pamiątki.
– Zobacz! – powiedział, wyciągając z walizki przedmiot, który wyglądał jak skrzyżowanie wachlarza z narzędziem tortur. – To z Wenecji. Mówią, że to „wentylator do gondoli”. Nie wiem, do czego służy, ale wygląda pięknie.
Potem wyjął pół maski karnawałowej, bo drugą połowę „zabrała mu pewna tancerka, której imienia nie pamięta” i miniaturową wieżę z Pizy, która była krzywa nie dlatego, że tak ją zbudowano, ale dlatego, że Bubi na niej usiadł. Pochwalił mi się także francuską łyżkę, która podobno „miesza tylko w prawo, bo w lewo nie chce”. W notanikach trzymał szkic kobiety z Paryża, który wyglądał jakby narysował go
ktoś, kto nigdy nie widział kobiety.
– W Paryżu nauczyłem się palić fajkę – powiedział z dumą. – Ale przestałem, bo dym psuje mi włosy.
Bubi miał włosy, które traktował jak osobny gatunek zwierzęcia. Był odważny, ale nie w sposób heroiczny. Jego odwaga była jakby niezamierzona. Wynikała z tego, że nie myślał o konsekwencjach. Jeśli widział drzewo — wspinał się. Gdy spostrzegł wodę — wskakiwał. Był jak iskra, która nie wie, że może wywołać pożar. Miał też talent do mówienia rzeczy, których nikt nie powinien mówić na głos.
– Beeth, wyglądasz dziś jak człowiek, który przespał się z burzą – powiedział, patrząc na moje włosy. – To komplement. Burze są piękne.
Nie wiedziałem, czy się obrazić, czy podziękować. W bibliotece pachniało kurzem, starym papierem i powietrzem, które pamiętało lepsze czasy. Bubi rozsiadł się wygodniej i zaczął opowiadać o swojej podróży.
– W Rzymie widziałem człowieka, który twierdził, że potrafi rozmawiać z posągami.
– I co mówiły posągi? – zapytałem.
– Że mają dość ludzi. I że marmur wcale nie jest taki zimny, jak się wydaje.
Potem opowiedział o Florencji.
– Tam wszyscy malują. Nawet dzieci. Nawet psy. Widziałem psa, który malował ogonem. I powiem ci, Beeth, był lepszy ode mnie.
A o Paryżu wspomniał tylko:
– Paryż to miejsce, gdzie ludzie udają, że nie patrzą, ale patrzą. I gdzie każdy chce być kimś innym, niż jest.
Kiedy skończył opowiadać, zapadła cisza. Bubi patrzył w okno, jakby szukał tam czegoś, co zgubił po drodze.
– Wiesz, Beeth – powiedział nagle – Europa jest piękna. Ale nigdzie nie
czułem się tak samotny, jak tam.
To było pierwsze zdanie, które powiedział bez uśmiechu.
– Dlatego wróciłem. Na święta. Na chwilę. Na oddech.
Spojrzał na mnie.
– I dlatego cieszę się, że cię widzę.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc tylko skinąłem głową.
Bubi wstał, otrzepał płaszcz i powiedział:
– Idę znaleźć Kajbuka. Podobno został muzykiem. Muszę to zobaczyć na własne oczy.
I wyszedł, zostawiając za sobą zapach perfum, kurzu i czegoś jeszcze — czegoś, co przypominało młodość, która nie wie, że jest młodością.
15.12.1806
Dzisiaj Burgmistrz ogłosił, że czas rozpocząć przygotowania do jarmarku bożonarodzeniowego. W Jedendwadwapięć jarmark nie jest zwykłym targiem — to spektakl, w którym każdy mieszkaniec gra swoją rolę, nawet jeśli nie ma ochoty. Podobno Burgmistrz, jak co roku, chodził po gabinecie z miną człowieka, który udaje, że wszystko jest pod kontrolą, choć w środku gotuje się jak garnek z kapustą. Był gruby, spocony i pełen kompleksów, które próbował ukryć pod zbyt ciasną kamizelką i uśmiechem, który wyglądał jak źle narysowany półksiężyc.
– Jarmark musi być wspaniały! – powtarzał. – Najwspanialszy w historii miasta!
Nikt mu nie wierzył, ale wszyscy udawali, że tak. Na rynku, w sercu miasta ustawiono stoiska, przy których mieszkańcy mogli przygotować, to na czym znają się najlepiej i podzielić z innymi. Cuu przygotował stoisko tuż przy wejściu na polanę.
Jego stragan wyglądał jak eksplozja kolorów, kapelusze wisiały na sznurkach, leżały na stołach, piętrzyły się w koszach jak egzotyczne owoce. Każdy z nich miał inną właściwość, jeden zmieniał kolor w zależności od humoru właściciela, drugi pachniał jak wspomnienia z dzieciństwa, trzeci szeptał komplementy, ale tylko w języku, którego nikt nie znał, czwarty potrafił przewidzieć pogodę, choć robił to niechętnie. Łosianka pomagała Cuu układać kapelusze. Jej dłonie drżały, ale Cuu udawał, że tego nie widzi.
Czarownice ustawiły swój stragan obok fontanny. Wyglądał jak laboratorium, które ktoś przeniósł na świeże powietrze. Obstawiły się słojami z suszonymi pokrzywami, butelkami z eliksirami o kolorach, które nie powinny istnieć, maskami z poprzednich epok i kartonikami z zaklęciami „na szczęście”, „na zemstę” i „na teściową”. Ter siedziała na stołku jak królowa nieszczęść. Jej spojrzenie było ostre jak igła, którą mogłaby przebić balon i czyjeś ego jednocześnie. Za każdym razem ktoś podchodził, mówiła:
– Czego chcesz?
A kiedy osoba odpowiadała, mówiła:
– To źle. Powinieneś chcieć czegoś innego.
Ten stragan był najbardziej popularny.
Niewiad i jego syn Karol ustawili stoisko z powidłami, gruszkami i teoriami na temat życia. Na stole stały słoiki z powidłami, które Niewiad robił od nowa po aferze z czarownicami, gruszki „na szczęście albo na nieszczęście”, oraz tabliczka z napisem: „Nie pytaj, co jest w środku. To i tak cię zaskoczy.” Karol, najmłodszy i najbardziej bezczelny, krzyczał:
– Powidła! Powidła! Dobre na serce, złe na wątrobę!
A Niewiad dodawał:
– Ale kto by się przejmował wątrobą w takim mieście?
Ich stragan pachniał ciepłem, domem i lekką ironią.
Franz postawił stoisko z instrumentami, natomiast Bubi, który wrócił z Europy pełen energii, postanowił je „unowocześnić”. Na stole położono trąbki, skrzypce, bębny oraz dziwne przedmioty, które Bubi przywiózł z Włoch i Francji, a które tylko on uważał za instrumenty. Kajbuk siedział obok, trzymając trąbkę w pysku. Co jakiś czas dmuchał, wywołując panikę wśród gołębi i zachwyt u dzieci. Franz udawał, że wszystko jest pod kontrolą. Nie było.
Galvani ustawił swój stragan z boku, bo Burgmistrz bał się, że coś wybuchnie. Nic dziwnego, skoro metalowe pręciki, miedziane skrzynki, druty i urządzenia, które wyglądały jak narzędzia tortur cały czas iskrzyły. Jednak Galvani twierdził, że „leczą duszę przez ciało”. Co jakiś czas ktoś krzyczał, bo dotknął czegoś, czego nie powinien.
Galvani mówił wtedy:
– To dobrze! To znaczy, że żyjesz!
Nikt nie był pewien, czy to prawda.
Strażacy sprzedawali wiadra i „ogniste opowieści”, które były bardziej przesadzone niż prawdziwe. Ogrodnicy mieli stoisko pełne roślin, które wyglądały jakby miały własne charaktery. Pojawili się także przedstawiciele zawodów zapomnianych: szewcy, bednarze, wikliniarze, i jeden człowiek, który twierdził, że jest „zawodowym słuchaczem”.
Burgmistrz chodził od straganu do straganu, udając zachwyt.
– Cudowne! – krzyczał, choć jego oczy mówiły: „Jest mi gorąco, jestem zmęczony i nienawidzę świąt”.
– Wspaniałe! – powtarzał, a jego kamizelka pękała w szwach i pot spływał mu po karku.
– Wyjątkowe! – dodawał, jednak jedyne, o czym marzył, to usiąść i zjeść coś tłustego.
Był pełen kompleksów, które próbował ukryć pod warstwą entuzjazmu. Jego
uśmiech był jak źle przyklejona maska. W Jedendwadwapięć każdy miał swoje dziwactwa, a Burgmistrz miał ich po prostu więcej niż inni.
Jarmark w Jedendwadwapięć był jak sen, który ktoś wymyślił po kilku kieliszkach wina i garści melancholii. Gwar unosił się nad polaną jak mgła – gęsty, lepki, pełen śmiechów, krzyków, nawoływań i zapachów, które nie powinny istnieć obok siebie: pokrzywy, powideł, spalonego cukru, mokrego filcu, dymu z ognisk i perfum Bubiego, które pachniały jak rozczarowanie w złotej butelce.
Sile szła obok mnie powoli, jakby każdy krok był próbą zrozumienia świata, który nie należał do niej.
– Ludzie robią hałas, kiedy boją się ciszy – powiedziała, patrząc na stragany. – A dziś boją się bardziej niż zwykle.
Miała rację. Czułem to w powietrzu – drżało jak struna, którą ktoś naciągnął zbyt mocno. Cuu krzątał się przy swoim stoisku, układając kapelusze tak, jakby były delikatnymi stworzeniami, które trzeba uspokoić. Niewiad i Karol kłócili się o to, czy gruszki powinny leżeć w koszu, czy stać w rzędzie jak żołnierze. Galvani próbował przekonać przechodniów, że „lekkie porażenie prądem poprawia krążenie i humor”, choć nikt nie wyglądał na przekonanego. Franz i Bubi sprzedawali instrumenty, a Kajbuk dmuchał w trąbkę tak, że trzy czapki spadły ludziom z głów. A Burgmistrz?Burgmistrz chodził między straganami jak wielka, spocona kula nieszczęścia, udając radość, choć jego oczy mówiły: „Chcę do domu. Chcę usiąść. Chcę zjeść coś tłustego i zapomnieć, że istnieję.” Sile patrzyła na niego z mieszaniną współczucia i irytacji.
– On jest jak świeca, która pali się tylko po to, żeby inni widzieli – powiedziała. – Ale sam dawno już nie ma światła.
Zauważyłem zamieszanie przy straganie czarownic. Najpierw myślałem, że to zwykła sprzeczka – w końcu chór czarownic kłócił się częściej, niż oddychał. Ale potem zobaczyłem Łosiankę. Stała przy stole, trzymając w dłoniach koszyk z ziołami, które miała dostarczyć Cuu. Jej twarz była blada, a oczy miały w sobie ten pusty, pęknięty blask, który widziałem już wcześniej. Vjolka stała naprzeciw niej –
wysoka, koścista, z ustami zaciśniętymi jak źle zaszyta rana. Ter siedziała na stołku, ale jej spojrzenie było ostrzejsze niż nóż.
– Myślisz, że możesz tu przyjść? – syknęła Vjolka. – Po tym, jak nas zdradziłaś?
– Ja… ja tylko przyniosłam zioła… – wyszeptała Łosianka.
– Zioła? – Ter prychnęła. – Zioła może przynieść każdy. Ale ty miałaś przynieść szacunek. A przyniosłaś wstyd.
Vjolka podeszła bliżej.
– Pokaż ręce – rozkazała.
Łosianka drżała, ale uniosła dłonie. Były czerwone od pracy, od zimna, od wszystkiego, co musiała znosić.
– Patrzcie! – krzyknęła Vjolka. – Ręce zdrajczyni! Ręce, które nie potrafią śpiewać, nie potrafią pracować, nie potrafią być częścią nas! Ter uśmiechnęła się cienko.
– Może powinnaś wrócić do Cuu. On lubi rzeczy, które są popsute.
Łosianka zacisnęła powieki. Widziałem, jak jej ramiona drżą, a oddech staje się płytki. Sile ścisnęła moją dłoń.
– To nie jest gniew – powiedziała. – To strach. One boją się jej wolności.
I wtedy pojawił się Bubi. Wyszedł zza rogu z miną człowieka, który właśnie wygrał bitwę z własną fryzurą. Miał na sobie płaszcz z Paryża, który wyglądał jak zasłona teatralna, i trzymał w ręku wachlarz z Wenecji, którym machał jak generał chorągwią.
– Co tu się dzieje? – zapytał, choć widział doskonale.
Vjolka odwróciła się do niego.
– To nie twoja sprawa, paniczyku.
– Wszystko jest moją sprawą – odparł Bubi, stając między nią a Łosianką. –
Zwłaszcza kiedy ktoś krzyczy na kogoś, kto nie potrafi się bronić.
Ter zmrużyła oczy.
– Odejdź, chłopcze. To sprawa kobiet.
– Nie – powiedział Bubi. – To sprawa ludzi. A wy zachowujecie się jak wilki.
Vjolka syknęła.
– Ona nas zdradziła!
– Ona próbowała żyć – odpowiedział Bubi. – A wy jej to odebrałyście.
Łosianka spojrzała na niego z niedowierzaniem. Chyba pierwszy raz ktoś stanął po jej stronie. Ter podniosła się powoli, jakby każdy ruch był rytuałem.
– Bubi – powiedziała chłodno. – Nie wiesz, z kim zadzierasz.
– Wiem – odparł. – Z kimś, kto boi się dziewczyny o miękkim głosie.
Zapadła cisza. Gęsta i lepka. Sile uśmiechnęła się lekko.
– Odwaga jest czasem głośniejsza niż muzyka – szepnęła.
Vjolka i Ter odeszły, warcząc coś pod nosem. Łosianka stała nieruchomo, jakby bała się, że jeśli się poruszy, wszystko pęknie. Bubi podał jej koszyk.
– Chodź – powiedział łagodnie. – Odprowadzę cię do Cuu. Tam jesteś bezpieczna.
Łosianka skinęła głową. Jej oczy były pełne łez, ale pierwszy raz od dawna nie były to łzy strachu. Sile patrzyła za nimi długo.
– Czasem – powiedziała – cisza rodzi się z hałasu. A czasem odwaga rodzi się z ciszy.
A ja, ja czułem, że świat Jedendwadwapięć właśnie drgnął. Jakby ktoś poruszył strunę, która od dawna była martwa. Trwał we mnie dźwięk upokorzenia straganowego, odkształcał się i wydłużał. Wróciłem do pałacu, ogrzałem dłonie i usiadłem przy fortepianie. Wieczorem, kiedy jarmark ucichł, a gwar miasta opadł jak
kurz po burzy, usiadłem w swoim pokoju. Czułem, że coś we mnie pęka. Nie z bólu, ale z nadmiaru. Wydarzenia dnia — krzyk Vjolki, zimny głos Ter, drżące dłonie Łosianki, odwaga Bubiego, spojrzenie Sile — wszystko to krążyło we mnie jak ptaki, które nie mogą znaleźć miejsca do lądowania.
I wtedy to się stało. Zaczęły rodzić się dźwięki. Nie na fortepianie, lecz mojej głowie. Najpierw usłyszałem drżenie. Ciche, ledwo wyczuwalne, jak skrzypnięcie deski pod ciężarem czyjegoś wstydu. To był dźwięk Łosianki, kiedy Vjolka kazała jej pokazać dłonie. Dźwięk, który nie jest jeszcze muzyką, ale już nie jest ciszą. W mojej głowie brzmiał jak pojedyncza struna, naciągnięta zbyt mocno. Dokładnie tak, jakby miała pęknąć. Upokorzenie zawsze brzmi cienko. Za chwilę przyszła zdrada. Nie ta wielka, historyczna. Ta mała, codzienna, która boli bardziej, bo nikt jej nie zauważa. Obłuda miała w mojej głowie dźwięk ostrego smyczka. Bardziej była gestem niż melodią. Szybko przeciąłem powietrze nożem. To był moment, kiedy Ter powiedziała: „Łzy są oznaką słabości.” Ten dźwięk był zimny, metaliczny i bez litości. Pokora przyszła później. Brzmiała jak nuta, która nie chce się odezwać, ale musi. To był dźwięk Łosianki, kiedy przepraszała. Takie uniżenie brzmiało w mojej głowie była miękka, ale też ciężko. Jak śnieg, który spada powoli, jednak zasypuje wszystko. Na koniec pojawiło zagubienie, czyli dźwięk, który nie wiedział, dokąd iść. Niczym dziecko, które zgubiło matkę na targu. Zagubienie brzmiało jak melodia, która zaczyna się pięknie, ale nagle skręca w ciemność. W ten sposób Bubi stanął między Łosianką a czarownicami. Odważny, ale niepewny. Te cztery dźwięki — drżenie, cięcie, klęknięcie i błądzenie — zaczęły krążyć w mojej głowie. Najpierw osobno. Potem coraz bliżej siebie. Aż w końcu zaczęły się dotykać. Nie były dźwiękami ludzi, tylko dźwięki prawdy. Prawdy o tym, jak człowiek potrafi zranić i jak się podnosi
Sile otworzyła oczy.
– Słyszysz to? – zapytała.
Skinąłem głową.
– To nie są dźwięki – powiedziała. – To są rany.
Wiedziałem, że rany też mogą śpiewać. W mojej głowie zaczęła rodzić się muzyka. Melodia skrzypiec — wysoka, czysta, ale pełna bólu. Orkiestra — jak tłum ludzi, którzy mówią jednocześnie. Smyczki niczym oddechy, które drżą. To był początek czegoś, co miało stać się koncertem skrzypcowym o upokorzeniu, zdradzie, pokorze i zagubieniu. I o tym, że nawet w największym hałasie świata można usłyszeć coś, co jest prawdziwe.
16.12.2026
Sile uśmiechnęła się.
– Wreszcie – powiedziała. – Teraz mogę mówić wyraźnie.
17.12.1806
Sile nie siedzi już obok mnie. Nie widzę jej. Ale słyszę ją — nie uszami, lecz czymś innym.
– Jestem ciszą – mówi. – Byłam przy tobie od zawsze.
– Dlaczego dopiero teraz cię rozumiem?
– Bo dopiero teraz mnie słyszysz.
Moja głuchota nie jest pustką, lecz przestrzenią. Sile jest moim cieniem, moim schronieniem, moją prawdą. Głosem, który pojawia się dopiero wtedy, gdy wszystkie inne milkną.
18.12.1806
Dziś zrozumiałem coś, czego nie pojmowałem przez całe życie – muzyka nie zaczyna się od dźwięku, ale od ciszy. Cisza jest pierwszym instrumentem. Pierwszą nutą. Pierwszym i ostatnim oddechem
– Teraz możesz tworzyć – mówi Sile. – Wreszcie naprawdę.
I wiem, że ma rację, bo dopiero w ciszy wszystko brzmi tak, jak powinno.
24.12.1806
Dzień był ciężki jak mokry filc. Siedziałem przy biurku, próbując uporządkować myśli, kiedy do pokoju wszedł Bubi. Nie zapukał — nigdy nie puka. Wpadł jak przeciąg, który nie pyta, czy może przewrócić kartki na stole. Miał na sobie płaszcz, który wyglądał, jakby ktoś uszył go z resztek cudzych marzeń. Włosy sterczały mu w każdą stronę, j Usiadł naprzeciwko mnie, ale nie tak zwyczajnie — raczej jak ktoś, kto chce, żeby świat zauważył jego obecność. Patrzył na mnie długo, z powagą, której nie znałem.
– Beeth, muszę ci coś powiedzieć — zaczął. — Od kiedy wróciłem do miasta, mam wrażenie, że jestem na olimpiadzie.
Nie zrozumiałem od razu, ale Bubi nie czekał na moją reakcję. Wyciągnął z kieszeni zmięty zeszyt, taki, który wyglądał, jakby przeżył więcej niż jego właściciel.
– Napisałem wiersze — oznajmił. — Dla ciebie. O tym właśnie. Nazywają się „Olimpiada”, ale to nie jest o igrzyskach. To jest o tym, co człowiek robi, kiedy nikt nie bije mu brawo.
Otworzył zeszyt. Ale nie czytał. Zamiast tego zaczął mówić. Mówił długo, a jego głos brzmiał inaczej niż zwykle — jakby wreszcie przestał udawać, że wszystko jest zabawą.
– Wiesz, Beeth, kiedy wróciłem do Jedendwadwapięć, poczułem coś dziwnego. Jakby każdy tutaj startował w jakiejś konkurencji, o której nikt nie mówi, ale wszyscy znają zasady. Jedni biegną, choć nigdzie nie chcą dojść. Inni skaczą, choć boją się wysokości. Jeszcze inni podnoszą ciężary, których nikt im nie kazał dźwigać. A ja? Ja tylko patrzę. I czuję, że też powinienem wystartować, choć nie wiem w czym. Samotność tutaj jest jak stadion. Ogromny, pusty, oświetlony tak mocno, że nie da się ukryć żadnego drżenia dłoni. Każdy ruch jest oceniany, nawet jeśli nikt nie siedzi na trybunach. Człowiek zaczyna wierzyć, że ktoś patrzy, nawet jeśli patrzy tylko własny strach. Rywalizacja jest jak powietrze. Wdychasz ją, nawet jeśli nie chcesz. Ludzie porównują się do siebie tak, jakby to miało ich uratować przed czymś, czego nie potrafią nazwać. A przecież nikt nie wie, dokąd biegnie. Nikt nie zna mety. Są jeszcze rany. Przypominają medale. Każdy je nosi, ale nikt nie chce się przyznać, że bolą. Udają, że to ozdoby. Że tak trzeba. Że tradycja wymaga, by cierpieć w określony sposób, w określonym miejscu, o określonej porze. A tradycja jest jak sędzia, którego nikt nie widział, ale wszyscy się go boją. Mówi ludziom, jak mają żyć, choć sama nigdy nie żyła. Każe im powtarzać gesty, które dawno straciły sens. Każe im wierzyć, że powtarzanie bólu jest obowiązkiem. Kiedy tak patrzę na to wszystko, czuję, że ta cała olimpiada nie ma żadnych zasad i każdy biegnie w inną stronę. Nikt nie wie, kto wygra, bo nie ma zwycięzców. Zostali tylko ci, którzy jeszcze nie upadli. A ja chcę tylko zrozumieć, dlaczego ludzie wierzą, że życie jest zawodami. I dlaczego tak bardzo boją się zejść z bieżni. Dlatego napisałem te wiersze, bo może ty, Beeth, zrozumiesz to lepiej niż ja. Może usłyszysz w nich coś, czego ja nie potrafię nazwać. Może znajdziesz w nich ciszę, której ja nie umiem zatrzymać. Ja tylko próbuję nie zgubić siebie w mieście, które każe wszystkim udawać, że są silniejsi, niż są naprawdę.
Kiedy skończył, w pokoju zrobiło się tak cicho, że nawet moja głuchota wydawała się głośna. Bubi zamknął zeszyt i spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto może uratować świat, choć nie chce.
– Weź to, Beeth — powiedział. — Może ty zrobisz z tego coś, co nie będzie tylko moim zmęczeniem.
Po czym wstał i wyszedł, zostawiając na stole zeszyt, który drżał jeszcze chwilę, jakby w środku wciąż mówiły jego myśli.